opowiadanie

Rafał Hyrycz

ŚWICEK
czyli but gumowy, krok metrowy, łyk setkowy

„Wsi spokojna, wsi wesoła!
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?”

Jan Kochanowski

„Czyja kosa pierwsza, tego miedza szersza”
(przysłowie ludowe)

Wieś leżała ewidentnie na zadupiu. I to w zasadzie tłumaczy wszystko…
Rok pański 1986… wiosna….
– Ankaaaaaaa!!!!
Donośny głos Rosołowej zburzył cisze wiosennego poranka. Zburzył do tego stopnia, że szyby w oknach okolicznych domostw zaczęły niebezpiecznie pobrzękiwać, podobnie jak kryształy w kredensach. Głos słyszalny był w każdym końcu wsi, odbijał się echem od ściany pobliskiego lasu i zwielokrotniony wracał…
– Ankaaaaaaa!!!! Jak ten twój chłop wczoraj orał, że całą miedzę odorał i kamienie powywalał? Chory on czy pijany? przecież miedza nasza była zawsze
– Cooo???? – głos sąsiadki o bardziej rybnym nazwisku zabrzmiał świętym oburzeniem – i jak się okazało wcale nie mniejszą mocą niż głos Rosołowej – wasza miedza???? wasza??? o niedoczekanie!!!
Nastało pandemonium.
Wkurzone baby najchętniej wzięły by się za ondulowane łby, niestety z racji wysokiego płotu zamysł ten okazał się w praktyce awykonalny. Poprzestały więc na agresji słownej.
wyzywały się nawzajem wyciągając sobie brudy z teraźniejszości, przeszłości i zapewne przyszłości ich oraz ich rodzin. Taka klasyczna awantura w swoim przebiegu jest bardzo podobna do koncertu gwiazdy muzyki rozrywkowej – najpierw lecą najnowsze kawałki, a potem stary repertuar. Tak było i tym razem….
Okoliczne obejścia opustoszały. Sąsiedzi woleli śledzić to starcie gigantów schowani dyskretnie za poruszającym się firankami.
Trwało to czas jakiś – gdyby był to mecz bokserski, to w okolicy 10 rundy stara Karpiowa postanowiła posłać swoją sąsiadkę na deski jednym celnym hakowo – podbródkowym wykrzykując straszne słowa:
– Jak ci się granica nie podoba, to se geometre sprowadź!!!!
Stara Rosołowa pomimo tak zdradzieckiego ciosu nie padła na deski.
W długiej tyradzie jaką wygłosiła w stronę Karpiowej ta ostatnia dopiero po 10 minutach dowiedziała się dlaczego i po co może Rosołową w dupę pocałować.
Sędziowie ogłosili remis.


Gospodarstwo Rosołów na tle innych gospodarstw we wsi dechami zabitej prezentowało się dość zacnie. Obejście było zadbane, w głębi podwórka widać było nowo wybudowaną stodołę. Obok – pod wiatą żółtym lakierem pysznił się nowy ciapek c-330. Dom oczywiście też stosownie duży, piętrowy z suporeksu kryty eternitem. Szczyt luksusu.
Rosół prawdę mówiąc nie utrzymywał się wyłącznie z rolnictwa. Był chłoporobotnikiem, co oznaczało, że rano jechał wueską do roboty gdzie „czy się stoi czy się leży” a potem wracał i po południu zajmował się gospodarstwem. Do czasu jego powrotu cały oporządek był na barkach małżonki. Taki układ, który obojgu pasował.
Bo wiadomo, że „Chłop robotny i baba pyskata zawojują kawał świata”.
On był robotny, ona pyskata.
Biedzie się nie dawali.
A niektórych to bardzo ale to bardzo denerwowało.
Szczególnie, że Rosół był z innej wsi i sprowadził się tu do żony – więc jak to możliwe, że jakiś przybłęda gospodarzy lepiej niż ci, którzy są tu od dziada pradziada?
I dlaczego takiemu należy ułatwiać życie?


Wszyscy mieszkańcy owej dechami zabitej wiochy na zadupiu – zarówno ci najstarsi, jak i najmłodsi wiedzieli, że z tymi miedzami na wsi to sprawa taka bardziej umowna. W sensie – jak się z sąsiadem żyje, tak się ma. I vice versa. Naruszenia – mniejsze lub większe czasem się zdarzały, zwykle szybko prostowane w czym zwykle pomagał miejscowy produkt regionalny dostępny u Leona Włosa pod lasem. Oczywiście dostępny dla wybranych.
Jednak miedza między Rosołami i Karpiami od pewnego momentu stała się kością niezgody i ogniskiem wiejskiego konfliktu zapalnego.
Oczywiście złośliwi mogliby się doszukiwać źródła tego konfliktu w rosnącej zamożności Rosołów ale to oczywiście plotki i złe języki…


Była późna nocna godzina. Pierwsza, może druga. Dla Rosołów kładących się spać z kurami niewątpliwie był to środek nocy.
Rosołowa obudziła się zupełnie bez powodu. Zamiast obrócić się na drugi bok i spać dalej – tudzież obudzić męża i nie spać usiadła na łóżku. A potem stwierdziła, że chce się jej pić – więc wstała i nie zapalając światła poszła do kuchni. Nocną ciszę przerywało jedynie miarowe tykanie zegara i delikatny poszum lodówki. Za oknem panowała ciemność…
Coś się Rosołowej w tej ciemności nie spodobało…
Coś jakby światełko, płomyk albo latarka – ewidentnie na polu, ewidentnie na między…
– Nooo gagatku… tego już za wiele. Znowu po nocy kamienie przekopujesz? oj… będzie sąsiedzki wpierdol.
Dwoma susami dopadła do sypialni. Obudziła męża. Ten mocno zaspany wymamrotał tylko:
– daj mi pospać kobieto, nie mam dziś głowy do dupy… – ewidentnie źle interpretując cel nocnej pobudki.
Gdyby wzrok mógł zabijać… no cóż – w wsi były niewątpliwie pogrzeb. Zamiast wyroku skazującego Rosół otrzymał krasomówcza wiązankę, która natomiast postawiła go do pionu, przywróciła przytomność umysłu i zdolność działania:
– ten Karpiak przekopuje kamienie na między – patrzaj jak świeci sobie przy robocie drań jeden. Nawet się nie kryje. Trza go podejść, worek na łeb zarzucić i wybić głupoty z głowy!
Krewka to była niewiasta.
Ubrali się szybko nie zapalając żarówek. Wyszli na dwór i starając się nie hałasować podążyli w kierunku słabo widocznego światełka. Rosół namacał w kieszeni kapoty różaniec. Nie to, żeby się modlił – zresztą akurat ten różaniec nie bardzo nadawał się do odmawiania modlitw… Ten różaniec to po prostu kawałek łańcucha krowiaka spiętego kłódką. Narzędzie wyjątkowo skuteczne w trudnych negocjacjach, siłowym rozwiązywaniu palących problemów, tudzież stwarzaniu nowych…
Czas się dłużył, droga zdawała się nie mieć końca. Światełko majaczyło to tu to tam – zupełnie jakby ktoś chodził niezdecydowany, w którą stronę ma iść. Co i raz znikało aby pojawić się w zupełnie innym miejscu. Zupełnie bezszelestnie….
Przyczajeni w ciemności samowolni stróże porządku zgłupieli zupełnie. Dezorientacja wywołana całą sytuacją, ciemnością i jej nierzeczywistością sprawiła, że zaczęli odczuwać coraz mocniejszy strach… Ale zanim podjęli jakąkolwiek decyzję poczuli jak za ich plecami zmienia się powietrze. Jak staje się ono gęste, naładowane skoncentrowaną, wręcz namacalną energią. Energią, która postawiła im wszystkie włosy dęba a lodowaty ziąb przeszedł po plecach…
Rosół usłyszał dziwny stuk. Po chwili stwierdził, że to jego zęby tak dzwonią do spółki z zębami małżonki. Takie rodzinne stacatto. Spojrzał pod nogi i zdał sobie sprawę, że znajduje się w kręgu niezbyt silnego bladego światłą. Wiedział, że za nic na świecie nie odwróci głowy…
– zgubiliście coś? Może poświecić? – zza pleców dobiegł dziwny głos. Równie nierzeczywisty jak to blade światełko.
Jak na komendę jednak odwrócili się.
I pożałowali.
Zauważyli tylko, że właściciel głosu w żadnym razie nie był ich sąsiadem – ba w ogóle to tylko z grubsza posturą przypominał człowieka
Zauważyli jeszcze dwa szczegóły: źródło światła stwór miał na głowie, a pod pachą trzymał coś dużego, co ewidentnie wyglądało na kamień graniczny…
Więcej nie zapamiętali i pewnie nawet nie zauważyli, bo chwilę później oboje zgodnie rwali przez pole w kierunku chałupy…
Istota tymczasem przysiadła na między. Z zadumą spojrzała w niebo. Może z wyrzutem? A może z jednym i drugim.
W nierzeczywistej ciemności rozległ się jej nierzeczywisty głos:
– no nie dojdziesz z tymi ludźmi do ładu urwał nać!
Po czym rozpłynęła się w powietrzu.


Rankiem Rosołowa doszła do siebie na tyle, że kazała mężowi udać się do wsi gminnej i zrobić porządek. Obojętnie w jaki sposób – Milicja Obywatelska, ksiądz – nieważne – może być nawet i straż pożarna, byle tylko to w nocy spotkali przestało im się po polu szwendać.
Oliwy do ognia dolała Karpiowa, drąc się zza płota na cały głos:
– a coście tam w nocy z chłopem po polu ganiali? Spać nie mogli czy jak?
(Wiele lat później o podobną sytuację nazwiemy monitoringiem sąsiedzkim)
– dla zdrowotności Karpiowa, dla zdrowotności… Karpiowa by se pobiegała, to by się głupoty w głowie nie lęgły…
Na ripostę nie trzeba było długo czekać…


Rosół tymczasem ruszył z buta do wsi gminnej. Wbił się w tym celu w jakieś eleganckie mokasyny z szyszkami – raz, że do ludzi szedł a dwa – jak w nocy nawiewał, to pogubił gumofilce.
Posterunek Milicji Obywatelskiej w pobliskiej wsi gminnej zorganizowany był w małym budyneczku pamiętającym jeszcze czasy dziedzica. W swojej historii pełnił on różne funkcje – przed wojną był to budynek gospodarczy, po wojnie zaadaptowano go jako tymczasowo mieszkalny, by ostatecznie stać się tym czym jest teraz: wiejskim posterunkiem Milicji.
Z zewnątrz wyglądał nawet jako tako, w środku nieco gorzej. W zasadzie wyglądał tak jak wyobrażamy sobie wiejskie posterunki dawnego aparatu przymusu i ucisku. Dość powiedzieć, że linoleum na podłodze pamiętało dużo lepsze czasy, lamperie na ścianach stanowczo domagały się poprawek a słabe żarówki w drucianych oprawach wiszące gdzieś pod sufitem dawały stanowczo za mało światła…
Gdyby w tym czasie znalazł się tam ktoś ze zbiorem norm ISO, to nie wysilając się znalazłby tyle ich naruszeń, że posterunek należałoby zapewne rozebrać i wybudować w innym miejscu.
Na szczęście jednak normy ISO w tym czasie w naszym kraju nie obowiązywały, a nawet gdyby obowiązywały, to obywatel odwołujący się do nich w obliczu „władzy” otrzymałby najpierw wychowawczy wpierdol, potem 48 godzin na dołku a odwołanie mógłby złożyć jedynie przez okno.
Rosół stał przed posterunkiem i lustrując jego fasadę, kraty w oknach i stojącego opodal UAZa zastanawiał się czy wejść do środka. W końcu po kwadransie bicia się z myślami podeszwą mokasyna zdusił niedopałek „popularnego”, wziął głęboki wdech i złapał za klamkę. Drzwi otworzyły się z nieprzyjemnym skrzypnięciem.
Przeszedł przez korytarz i zapukał do pokoju dyżurnego. Krótkie acz niechętne „wejść” sprawiło, że jednak wolałby wyjść, ale sprawy zaszły za daleko.
Za biurkiem siedział jeden z dwóch funkcjonariuszy zwykle będących na posterunku. Młody szczawik, który trafił tu dopiero po szkółce. Jako zwierzchnika miał starego milicjanta odliczającego już dni do emerytury. Młody siedział praktycznie bez ruchu na trzymającym się na słowo honoru krześle próbując i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w stos papierkowej roboty zalegającej na biurku. Robota wyraźnie mu nie szła, ale poza normalną porcją denerwującej papierologii miał jeszcze jeden powód do zdenerwowania…
Wczoraj z szefem pojechali na akcję pod kryptonimem „Czerwony kapturek”. Wierchuszka kazała wyrobić normę mandatów, oczywiście karać należało wszystkich i za wszystko. Na przykład za niemanie świateł, bo porządek musi być – w końcu od tego jest Milicja Obywatelska.
Zwierzchnik do tematu podszedł dość praktycznie. Kazał podwładnemu zaparkować UAZa w leśnej drodze, wlepiać mandaty kierowcom zatrzymanych pojazdów a sam poszedł w kimono. Przywilej rangi.
Droga nie była jakoś mocno uczęszczana, w końcu jednak udało się coś zatrzymać
Zatrzymany obywatel poruszał się zdezelowanym komarkiem. Jego wygląd ogólny odpowiadał wyglądowi pojazdu, którym się poruszał – to znaczy obaj byli podobnie zdezelowani. Jeździec miał dodatkowo wygląd niechlujny, wzrok mętny i ubiór nieco plugawy… Pet marki popularny zwisający z ust okolonych siwą brodą dopełniał obrazu całości… Funkcjonariusz błyskawicznie otaksował wzrokiem całość, organoleptycznie dodatkowo stwierdził, że na chuch tej miary trzeba minimum litra na dwóch i to pod warunkiem, ze jeden nie pije.
– No to będzie mandacik…pięćset złotych. Gotówkowy czy kredytowany?
– Pisz pan kredytowany.
Procedura wypisywania mandatu chwilę trwała i w końcu zatrzymany otrzymał kwitek. Wspaniałomyślnie nie wykręcono mu wentylków z kół. Tylko, że zatrzymany obywatel wcale nie zamierzał odjechać. Sięgnął do torby, którą miał na bagażniku swojego pojazdu i coś z niej wyciągnął. Po chwili zapytał:
– a obywatel milicjant, to jaki mandat sobie życzy? Z resztą nieważne, przyjmuję tylko gotówkowe. Tak się składa, że jest susza, wy parkujecie w lesie, więc tysiąc w sam raz będzie…
Rosołowe „Dzień dobry” wytrąciło funkcjonariusza w rozpamiętywania wydarzeń dnia poprzedniego i sprowadziło go z powrotem na ziemię. Czyli na posterunek. Niechętnym wzrokiem obrzucił niespodziewanego interesanta i równie niechętnie odpowiedział na powitanie.
– o co chodzi obywatelu?
Rosół zawahał się tylko chwilę. Potem wziął głęboki wdech, jakby chciał skoczyć na bardzo głęboką wodę. Po czym opowiedział wszystko i ze szczegółami. O niedogodnym sąsiedzie, o wędrującej między i o awanturach z nią związanych. Opowiedział też o wydarzeniach wczorajszej nocy – o tym jak będąc przekonany, że w końcu złapie sąsiada na gorącym uczynku przekopującego kamienie graniczne, o rozczarowaniu, zaskoczeniu i spotkaniu z nocnym spotkaniu z demonem, duchem – czy też innego rodzaju mocą nieczystą.
Twarz funkcjonariusza – początkowo wyrażająca życzliwie służbowe zainteresowanie, pod koniec opowieści zaczęła czerwienieć – co niewątpliwie nie wróżyło niczego dobrego. W końcu patrząc surowo na delikwenta siedzącego po drugiej stronie biurka powiedział:
– a chuchnijcie no obywatelu…
Rosół chuchnął, potem nawet dmuchnął w podany mu balonik. Ku zdziwieniu funkcjonariusza probierz nie zmienił koloru. Znaczy obywatel trzeźwy – chociaż niewątpliwie niestworzone rzeczy gada. Milicjant zastanowił się, co też z tym fantem zrobić. W końcu wymyślił.
– słuchajcie no obywatelu Rosół… Milicja Obywatelska nie jest od łapania duchów i ganiania ich nocami po polach. Z resztą – prawo Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nie przewiduje kar za straszenie, a poza tym – całe te duch i tak dalej to zwykły ciemnogród i kościółkowe zacofanie. My wam w każdym bądź razie nie pomożemy… Prywatnie powiem – księdza zapytajcie, przecież zabobony to jego działka, nie nasza.
Z westchnieniem ulgi Rosół opuścił posterunek. Funkcjonariusz tymczasem znowu popadł w zamyślenie. Ludzie to se problemy robią… A ja muszę jakoś z leśniczym te mandaty odkręcić…


Z westchnieniem ulgi ale i niejakim rozczarowaniem Rosół opuścił przybytek organów ścigania. Zza pazuchy wyciągnął pomięta paczkę popularnych, wyciągnął jednego i niedbałym ruchem włożył do ust. Chwilę potem klepał się po kieszeniach w poszukiwaniu zapałek. Znalazł w końcu pudełko. Sianów. Przeciętnie 48 zapałek.
– no to ciekawe, która z kolei odpali – powiedział sam do siebie.
Pierwsza złamała się w połowie. Druga zapaliła się, ale zaraz zgasła. W trzeciej zapaliła się siarka, ale oddzieliła się od drewienka i niczym zużyty człon rakiety kosmicznej poszybowała w kierunku ziemi. Czwarta dała radę.
Nie na darmo produkty z Sianowa nazywano zapałkami przeciwpożarowymi.
– do dupy z tym – pomyślał Rosół. Przydałaby się zapalniczka, taka jak ma Leon… Na benzynę, z dwoma krzesiwami. Tylko skąd on ja ma? Zapytać trzeba.
Puszczając kłęby tytoniowego dymu pomaszerował w kierunku plebanii. Wiodła do niej jedyna we wsi asfaltową droga. Odległość w sam raz aby zapalić, wypalić i zgasić papierosa.
Kościół pochodził z XIX wieku. Styl jakiś tam miał, ale ze Rosół nie był znawca architektury wiec nie wiedział jaki. W każdym razie stary był. Obok wznosiła się plebanią. Skromna, ale i tak stanowiącą obiekt zazdrości ludności okolicznej. Przed budynkiem stał zaparkowany czerwony maluch – jak wieść gminna niosła odrzut z eksportu, który to ksiądz proboszcz sobie tylko znanymi pozyskał na cele kultowe. W ogóle widok proboszcza wsiadającego do malucha był dość pocieszający – facet miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i że 120 kilo żywej wagi, zaś widok malucha w ruchu z księdzem za kierownicą to już w ogóle kabaret. Autko poruszało się w takim przechyle, że klamka szorowało asfalt…
No cóż…
Jakiś złośliwy parafianin wymyślił nawet przyśpiewkę na księdza proboszcza… Rosół w myślach zaśpiewał: „10 posiłków dziennie konsumuje, 20 lat tak egzystuje…”
No dobra.
Ujął za mosiężna klamkę, nacisnął i wszedł do środka. Po lewej stronie był pokój dla interesantów, po prawej korytarz wiódł do części mieszkalnej. Proboszcz siedział za biurkiem i wiecznym piórem pisał coś w kajecie.
– pochwalony Jezus Chrystus…
Proboszcz spojrzał krzywo na interesanta…
– a co to, przywitać się już nie umiemy porządnie, he?
– niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – Rosół bezbłędnie wyrecytował formułkę
– na wieki wieków amen.
– to teraz możemy rozmawiać.
Proboszcz patrzył czujnie przez biurko prosto w oczy Rosoła. Rosołowi nie podobało się to spojrzenie, miał dziwne wrażenie, że ksiądz ten nie jest dobrotliwym księżulkiem. To raczej typ twardziela, który da w żeby penitentowi, jeśli nie spodoba mu się to co na spowiedzi usłyszy. Dlatego też Rosół i kumple jak mogli tak unikali spowiedzi u proboszcza. Wikary był bardziej ludzki pod tym względem.
– co Pana do mnie sprowadza?
Po raz kolejny tego dnia Rosół opowiedział o wydarzeniach poprzedniej nocy. O światłach na polu, o tym jak chciał złapać sąsiada przekopują ego kamienie graniczne na gorącym uczynku i o nieoczekiwanych spotkaniu z istota nie z tego świata… Opowiedział też o wizycie na posterunku MO i o tym jak został odesłany z kwitkiem.
– znaczy potraktowali Pana materializmem dialektycznym. Cwane gapy – nie powiem. I powiem też, że nauka kościelna na takiego ducha sposobu też za bardzo nie ma. Owszem – mogę podjechać, pokropek zrobić, czy to coś da… Bóg jeden wie.
– no dobrze, a…
– co łaska oczywiście. Ale nie mniej niż 500. Płatne z góry.
Rosół wyciągnął portfel, z którego z kolei wyciągnął pięciu Waryńskich. Chwilę później pięciu przywódców Proletariatu zniknęło w szufladzie biurka proboszcza… Za każdym razem gdy Rosół widział podobny obrazek miał wrażenie, że widzi cud porozumienia ponad podziałami.
Proboszcz zamyślił się głęboko a potem pokręcił głową. Jakby z zadumą albo jakby z naganą. A może z jednym i drugim. Spojrzał na pięciu Waryńskich leżących w szufladzie biurka – no to na pokerka będzie. A potem półgłosem powiedział ni to do siebie, ni to do kogoś obok:
– się naoglądali „Egzorcysty” w kinie nocnym to im się zdaje nie wiadomo co…


Rosół w myślach podsumował wizytę we wsi gminnej. Kiepsko to wyglądało. Milicja nie pomogła, ksiądz też nie bardzo. Przez chwilę zastanawiał się czy nie pójść do sekretarza miejscowej organizacji partyjnej, ale po namyśle zrezygnował. „Wicie, rozumicie – my się tu mierzymy z problemami nie znanymi w innych ustrojach, które sami sobie stwarzamy”. Nie… wystarczy wrażeń na dziś.
No to jeszcze sklep gieesu. Zdaje się, że gumofilce rzucili z Olsztyna rzucili. Rzucili faktycznie, a zakup należało opić, coby się dobrze nosił. Knajpa na szczęście była czynna. Wszedł, zamówił piwo. Kufel czystością nie grzeszył, poziom ledwo sięgał kreski i piana jakaś taka… Kryzys i tu. Upił łyk. Ktoś stanął obok. Ze zdziwieniem stwierdził, że to Karp
– Można? – zapytał tamten
– Jak trzeba… – Rosół jakoś nie był szczególnie zadowolony
– sprawa jest sąsiad – Karp był jakoś niezdecydowany – o miedzę chodzi
Rosół powstrzymał się aby nie wyjść, zanim jednak to zrobił karp dodał:
– Tam straszy…
– Bo widzisz – kontynuował – my już wcześniej widywaliśmy tam w nocy światełka i zastanawialiśmy się kto też tam się kręci i po co. I też się czailiśmy, aby temu komuś łomot spuścić – w sensie tobie. Ale jak w końcu zobaczyliśmy to wialiśmy do chałupy jak ty ze swoją kobitą wczoraj w nocy. Zła moc mówię ci…
– Zła moc to podobno tylko w Włosowym samogonie drzemie…
……………………..
– więc mówisz, że był wielki, na łbie miał latarkę ja te ryby co w głębinach żyją a pod pachą kamień graniczny? I pytał czy poświecić?
– No…
– coś jeszcze mówił albo robił?
– A skąd mogłem wiedzieć… spieprzałem stamtąd, aż gumofilce pogubiłem…
……………………..
– A ten Włos, to będzie wiedział? On przecież nie stąd
– ojtam, stąd niestąd – może nie wygląda, ale inteligent to jest. A że na wsi żyje, to już wybór taki. Ty widziałeś ile książek ma w chałupie? I chyba wszystkie przeczytał…
– i w tych książkach niby coś tam będzie?
Rozmowa przeciągnęła się do wieczora… Późnego wieczora. A potem były nocne powroty. I nocne awantury w sąsiednich gospodarstwach.


Leon Włos mieszkał na końcu wsi. Nie był miejscowy, w zasadzie nikt nie wiedział skąd pochodzi. Niektórzy mówili, ze to jakiś zbzikowany uczony ze stolicy, inni że jakiś inżynier, który pewnego dnia postanowił rzucić wszystko w pizdu i pojechać w Bieszczady. Tylko, że po drodze trafił na wieś zabitą dechami na Mazowszu i już tam został. W każdym razie mieszkał na tyle długo, że niektórzy mieszkańcy wsi dechami zabitej mówili mu już „dzień dobry” ale na tyle krótko aby wszyscy pamiętali, że on nie stąd.
Jakby na przekór swojemu nazwisku świecił łysą czaszką, co według niektórych było oznaką mądrości – wszak przysłowie ludowe mówi, ze mądrej głowy włos się nie trzyma. Włosy za to znajdowały się po drugiej stronie głowy w postaci siwej brody. Oprócz tego był wysoki i chudy a zielone oczy popatrywały na świat z mieszaniną życzliwości i czujności. Oraz ewidentną inteligencją.
To właśnie powodowało, że miejscowi czasem zachodzili do niego po radę, szczególnie jak trzeba było jakieś pismo urzędowe rozczytać i przetłumaczyć z polskiego na nasz albo odwrotnie – jakieś podanie urzędowe napisać. Pomocy nigdy nie odmawiał, a ludzi, którzy mieli okazję wejść do jego chaty dziwiła niepomiernie ilość zgromadzonych tam i ewidentnie przeczytanych książek.
Do tego właśnie człowieka udali się po radę dwaj sąsiedzi.


Siedzieli we trzech ławce pod chałupą.
– więc obaj to widzieliście?
– no obaj ale nie jednocześnie
Po raz kolejny Rosół i Karp opowiedzieli o swoim kontakcie z nieznaną istotą na między. Opisali ją na tyle dokładnie na ile się dało. Włos sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej paczkę tytoniu i bibułki. Sprawnie skręcił prostego jak ołówek papierosa i przypalił go wyciągnięta z drugiej kieszeni zapalniczką. Papierosa prawie nie było widać z krzaczastej brody…
– czekajcie chwilę – powiedział, po czym poszedł do chałupy.
Wrócił niebawem z opasłym tomiskiem pod pachą.
– poszukajmy. A więc świeci w nocy i szewnda się po polach z kamieniem granicznym pod pachą… Prawie jak „idzie lasem, idzie polem, pachnie alkoholem” albo „but gumowy, krok metrowy, łyk setkowy”… chyba mamy tu geometrę….
Kilka dni a w zasadzie nocy później cała trójka poszła na miejsce ostatnich zdarzeń. Szli spokojnie, bez ociągania. Światełek i ogników nie było widać, ciemność dookoła zupełna…
– więc jak ten nasz ognik się nazywa – zapytał Rosół
– mówią o nich mierniki, albo świcki – wyjaśnił Włos – to duchy nieuczciwych geodetów, mierniczych którzy za życia fałszowali pomiary krzywdząc w ten sposób chłopów. A ponieważ robili to z premedytacją, to za karę po śmierci powtarzają w nieskończoność te naciągane pomiary… Albo kto wie – może w ten sposób próbują poprawić co w terenie skopali. W każdym razie, z niewiadomych powodów robią to w nocy, więc przyświecić sobie muszą.
– a czemu pytał, czy poświecić?
– bo one w sumie uprzejme są. Jak coś upuścisz, to ci przyświecą, żebyś mógł znaleźć. Tylko koniecznie podziękować trzeba a nie wiać.
– a weź tu nie wiej…
– Zimna ta noc, zdrętwiałem cały, a świcka jak nie ma tak nie ma – żalił się Karp – czegoś na rozgrzewkę nie macie?
Włos miał na szczęście małą flaszkę swej złej mocy. Rozgrzała skutecznie całą trójkę.
– to teraz zagwiżdż.
– a to po co?
– jak chcesz takiego świcka wezwać, to trzeba zagwizdać. Tylko pamiętać – kultura ma być! Który tu zębami dzwoni?
Rosół zagwizdał z cicha. Raz, drugi. Początkowo nie działo się nic. Potem atmosfera zgęstniałą, stała się jakby naelektryzowana. Pojawiło się blade niebieskie światło…
– coś zgubiliście? Może poświecić
Mowę im odebrało. Pierwszy pozbierał się Włos…
– w zasadzie to nic nie zgubiliśmy i pięknie dziękujemy za dobre chęci. Powiedz nam jednak kim jesteś?
– jestem duchem… za życia byłem geodetą. I chyba coś napieprzyłem w robocie bo jak umarłem to wylądowałem w tej wsi… i po nocach poprawiam. Lampkę mi dali to se świecę. Robota głupia, bo ciągle wychodzi to samo i ciągle spartolone… Nie wiem tylko co mam zrobić z tym kamieniem granicznym…
Włos jakby czekał na to pytanie. Spokojnie odrzekł
– odłóż go tam, skąd go wziąłeś
Przez chwilę nie działo się nic. Potem czasoprzestrzeń na chwilę się zatrzymała i jakby zapadła w siebie. Miernik znikł w nagłym błysku i towarzyszącym mu słabym podmuchu…
– co teraz – zapytał Rosół usiłując dojść do siebie
– a teraz nic. Ze świcka zdjęliśmy klątwę – już nie będzie się po polach nocami szwędać. Na wieś wróci spokój, a my w sumie możemy się napić…


Następnego dnia z rana spotkali się znów we trzech na miejscu zdarzenia. Chcieli obejrzeć je w świetle dziennym i prawdę mówiąc rozczarowali się. Dzień nie ukazał niczego niesamowitego, jakby w nocy nic się nie działo. W oddali zobaczyli jednak tuman kurzu zbliżający się w ich kierunku. Ktoś ewidentnie jechał tą drogą. Chwilę później zidentyfikowali charakterystycznie przechylonego w lewą stronę malucha – znaczy proboszcz jechał.
– Zapraszałeś? – zapytał Karp
– no byłem u niego, pokropek zamówiłem… – zaplątał się Rosół – i w sumie pięć stów zapłaciłem, więc…
Maluch zatrzymał się, kurz opadł. Drzwiczki otworzyły się. Duchowny szczelnie wypełniał wnętrze…
– pomóżcie mi wysiąść… strasznie klaustrofobiczne to autko…
– mnie tam czasem koledzy pomagali wsiąść… – Włos uśmiechnął się pod wąsem, najwyraźniej czymś rozbawiony.
Pokropek odbył się szybko i sprawnie. Woda święcona padła na glebę, na miedzę oraz na uczestników. Wyrecytowano formułki i modlitwy, wreszcie wszyscy zamaszyście przeżegnali się.
– Tak sobie myślę- zaczął Leon Włos – że są na tym świecie różne moce – dobre i złe. Są różne wiary i dogmaty. Niektóre dadzą się strawić, a inne nie bardzo… Ale mam chyba taką moc i taki dogmat, który strawimy chyba wszyscy. Tylko szkła nie mam…
– nie szkodzi – odrzekł Karp wyciągając z kieszeni kierunkowskaz z Żuka – mam coś odpowiedniego.



Komentarze wyłączone.