maj 09

Trzeba umieć sobie radzić – powiedział stary baca wiążąc kierpce dżdżownicą….

Słowa te oddają dość dobrze moje zmagania z junakową blacharką.

Po kolei jednak:

Jakiś czas temu droga wymiany pozyskałem kompletną osłonę łańcucha. Osłona ta nie była w najlepszym stanie – ktoś kiedyś chciał zreanimować jej dolną część, zapewne wytartą przez zbyt luźny łańcuch. Skończyło się tym, że ten ktoś wyciął kawałek blachy i tak to zostawił. Dodatkowo to i owo przerdzewiało albo się pogięło. Finalnie – osłona wymagała poważnej ingerencji oraz naprawy blacharskiej. Zacząłem od tylnej jej części – tego półksiężyca. Brakowało tam kawałka blachy (korozja zeżarła), dodatkowo wspawana w środek blaszka łącząca miała grubość papieru, więc nie wytrzymałaby piaskowania. Na szczęście udało się odtworzyć jedno i drugie. Finalnie śladu nie widać.

Osłona tył – stan wyjściowy

Osłona tył gotowa

Osłona tył gotowa

W dalszej kolejności na warsztat poszła środkowa część osłony. Z ocynkowanej blachy stalowej stosownej grubości wyciąłem i wyklepałem nową dolną część osłony – oddzielnie strony lewą i prawą. Takie reparaturki. Następnie w osłonie wyciąłem oryginalną blachę tak aby na jej miejsce wspawać reparaturki. Oczywiście trzeba było ocynk usunąć, bo bez tego spawanie idzie kiepsko. Efekt – jak na blacharza amatora całkiem zacny, aczkolwiek trzeba będzie jeszcze nad tym popracować. Pójdzie zapewne trochę szpachli albo cyny. W dwóch miejscach spaw nieco „przeleciał” i w środku są duże wypływki – to ogarnę specjalną szlifierką do trudno dostępnych miejsc.

Osłona – stan wyjściowy

Wstawiony detal - strona 1

Wstawiony detal – strona 1

Wstawiony detal - strona 2

Wstawiony detal – strona 2

Naprawie podlegała też trzecia część osłony – czyli dekielek. Miał on zniszczony stożek, który trzeba było odtworzyć. Poszedłem tutaj na łatwiznę napawając i szlifując stosownie jego powierzchnię.

W międzyczasie odzyskałem mój tylny błotnik…

Z błotnikiem tym była dość wesoła historia.

Kolega, który szczęśliwie się rozwiódł i na powrót stał się szczęśliwym wolnym człowiekiem od byłej już żony otrzymał nakaz opróżnienia garażu. Znalazło się tam trochę różnych junakowych gratów, które skwapliwie przejąłem. Między innymi była tam blacha pod siedzenie w stanie kiepskim (już odtworzona) oraz tylny błotnik w stanie jeszcze gorszym. Pogięty, popękany… i w dodatku skrócony o ponad 20 cm. Kolega też go od kogoś dostał…

Brakującą część miał mi dorobić jeden gość, który takie rzeczy to na codzień robi… o ile oczywiście chce mu się robić. W tym przypadku nie chciało się. Błotnik odzyskałem – przeleżał nie ruszony chyba z pół roku. Postanowiłem się zabawić w maestra młotka blacharskiego i samemu dorobić brakującą część, zwłaszcza, że kumpel co to kiedyś wizytował mój garaż stwierdził, że taką duperelę powinienem sam ogarnąć a nie po maestrach srestrach szpej roznosić…
W zakola się podrapałem, koledze rację zasadniczo przyznając.
Dla wprawki zorganizowałem sobie kawałek blachy stosownej grubości… niestety zbyt mały aby brakujący detal z jednego kawałka wyklepać. Hmm..
Młotek też mało blacharski taki…

klepanina

Klepanina popołudniowa

Docinamy szablon

Docinamy szablon

Wstawka wspawana

rancik

Wyklepany rancik

Dwie godziny klepania dały taki efekt, że dość dobrze odtworzyłem profil – chociaż krzywizny wymagają dopracowania podobnie jak sama powierzchnia (widoczne uderzenia młotka). Powierzchnie boczne – płaskie będą dospawane potem.
Doklepaną kształtkę dospawałem do starego błotnika – punktowo aby się trzymała. Jest nieco dłuższa niż potrzeba, ale to akurat dobrze. Z tektury wyciąłem szablon do wycięcia powierzchni bocznych. Wyciąłem kształtki i wspawałem tam gdzie trzeba. Problemem drobnym okazało się wywinięcie rantu. Udało się to połowicznie, to znaczy  z jednej strony rancik jest idealny, a z drugiej jakieś 1,5mm za wąski. razi toto oko – więc albo wytnę to co jest, wstawię nową kształtkę i od nowa wywinę rancik albo powiększę istniejący migomatem i diaksem. Zobaczę jeszcze.
Tak więc…
Może nie do końca zgodnie ze sztuką… Ale w końcu ja nie maestro. Pochwaliłem się oczywiście na www.forum4x4.pl Czesław tradycyjnie zażądał fot… Wysłałem MMS… Chyba po dwóch dniach przyszła odpowiedź: „spoko nawet”

Błotnik ten wymaga jeszcze mnóstwa pracy. Trzeba połatać wszystkie dziury, pospawać pęknięcia. Prawdopodobnie z drugiego końca trzeba będzie wykonać podobną ingerencję blacharską, bo słabo jest i tam.

Autor Rafał Hyrycz

sty 19

Z początkiem roku coś tam się delikatnie ruszyło w projekcie Junak…

hamulce

Szczęki kleimy na corega tabs 🙂

W ciągu jednego dnia i za bardzo przyzwoite pieniądze udało się ogarnąć szczęki hamulcowe. Stare nitowane okładziny poszły out, na ich miejsce trafiły nowoczesne okładziny klejone. Według zapewnienia szefa zakładu, w którym mi te szczęki zregenerowano materiał okładzin jest najlepszy jaki można dostać na rynku. Przymiarka szczęki do bębna wskazuje, że pasuje jak tata w mamę – więc nie powinno być problemów ze współpracą.

Bez problemu udało się je wieczorową porą zamontować w tarczach kotwicznych.

Wcześniej po południu udało się wypiaskować stopkę boczną i centralną. A to oznacza, że jutro idą do malowania proszkowego.

Lubię takie wieczory 🙂

 

Autor Rafał Hyrycz

sty 11

Styczeń generalnie podobny jest do grudnia. Nadal trzymamy się za kieszeń…

Tarcze kotwiczne od hamulców są prawie ogarnięte. Problem wynikł przy składaniu do kupy napędów prędkościomierza. Zewnętrzne tulejki łożyskujące ślimak napędzający linkę prędkościomierza mają totalnie rozkalibrowane otwory. Wyjście jest jedno: dorobić nowe. Oryginalne są z jakiegoś badziewnego mosiądzu. Aby było dobrze, to albo brąz albo tworzywo sztuczne.

Zamontowałem za to rozpieraki wraz z oryginalnymi aluminiowymi dźwigienkami oraz zupełnie współczesne kalamitki do podawania smaru.

Szczęki hamulcowe nadal nie zrobione 🙁

Nóżkę podstawki bocznej ogarnąłem nieco wizualnie. Tu i ówdzie trzeba było ponapawać, przeszlifować… jak pójdzie do piaskowania i malowania proszkowego to efekt będzie dobry. Z zawiasem nóżki był problem, bo oryginalne kołki ustalające go na wsporniku ramy wzięły się i wyrobiły. W dodatku nieświadomie zaspawałem w ramie otwory, w które kołki te wchodzą. Trzeba było odtworzyć jedne i drugie, co udało się znakomicie.

Z podstawką centralną było więcej zabawy. Kupiłem ją kiedyś za niewielką kasę na allegro. Okazała się mocno zmęczona eksploatacją. Dokupiłem specjalne śruby mocujące, wyprostowałem bolec do mocowania sprężyny powrotnej, dorobiłem starte wieloletnim używaniem stopki podstawki. Niestety trzeba nad nią jeszcze popracować palnikiem i obcęgami, bo oryginalna część z jednego Junaka nie pasuje do ramy innego Junaka… Myślę, że ogarnę to w tydzień – potem piaskowanie, malowanie i montaż.

Autor Rafał Hyrycz

gru 20

Na warsztacie od jakiegoś czasu mam kolejnego starucha – tym razem jest to motocykl Junak M10 rocznik 1963.

Obiecuję sobie, że poświęcę mu całą stronę a nie tylko luźne wpisy od czasu do czasu – materiałów trochę jest, więc i o czym pisać też będzie.

Grudzień w projekcie Junak jest miesiącem oszczędności, drutowania, dbania o to aby wąż w kieszeni na bezdech nie zszedł oraz generalnie ucierania dupy szkłem. Tym razem postanowiłem przykutwić pare złotych polskich i zamiast je wydawać na nowe części zamienne dorabiane według oryginałów sam sobie owe części wykonać.

zawiasy

Rzeźba

Podnóżki kompletne

Podnóżki kompletne

Na pierwszy ogień poszły podnóżki pasażera… Były oryginalne rurki z gumami, podkładkami i sworzniami, zabrakło niestety mocowań. Te z kolei poprzedni właściciel przysmarkał do ramy na takiej wysokości, że gdyby pasażer jechał w charakterze pasażera, to na pewno nie słyszałby silnika mając uszy kolanami zatkane. I tu się problem pojawił niejaki, bo mocowana te z kolei ja odciąłem lat temu z 15… i zginęły. Więc miałem pół podnóżków… no może 3/4 – bo w skrzynce z gratami wygrzebałem jeden – jak mi się zdawało kompletny oryginalny podnóżek. Niestety – ten był też skundlony. Ktoś go po prostu chamsko zaspawał w pozycji opuszczonej… I jak tu żyć panie premierze? Znaczy prezesie…

Ostatecznie z tego zaspawanego wyciąłem oryginalne mocowanie – posłużyło jako model do wykonania dwóch następnych. W sumie robota prościzna – kwestia właściwego użycia diaksa, wiertarki i spawarki w kontekście stali. Dorobione mocowania wraz z resztą podnóżek poszły do ocynkowania. Przy okazji wyszło, że część dorobiona według oryginału jakoś tak średnio pasuje do oryginalnej ramy. Hmm… Dalsze przymiarki wykazały, że oryginał też jakoś tak średnio pasuje 🙂 Na szczęście młotek odpowiednio użyty dopasuje wszystko. Resztę elementów – które wymagały interwencji diaksa i spawarki potraktowano zgodnie z sumieniem.

co z tego bedzie

Co z tego będzie?

Do wykończenia.

Do wykończenia.

Skoro kutwienie tak dobrze mi szło, postanowiłem pójść krok dalej… Kolejnym brakiem jaki miałem była stopka boczna. Przewertowałem oferty na allegro… same współcześnie produkowane kopie według oryginału… malowane, z kwasówki, takie, owakie… Drogość… Znalazłem dwie oryginalne cenowo zmierzające w kosmos… A ponieważ nie zamierzałem zostać astronautą, to ściągnąłem sobie jedynie zdjęcia tych cudeniek. Ze skrzynki z gratami wygrzebałem jeden element – taki kawał złomu, który swego czasu odciąłem od ramy. Był to oryginalny zawias stopki bocznej – jak wiele innych elementów przysmarkany przez poprzedniego właściciela. I znowu wyszło, że mam pół oryginalnego detalu. Ze ściągniętych zdjęć wyliczyłem sobie wymiary brakujących elementów… Problem się pojawił niejaki, bo sama nóżka jest stożkowa i nie bardzo wiedziałem jak wybrnąć z tematu. Okazało się to prostsze niż myślałem – otóż w warsztacie pod stołem znalazłem rurkę półcalówkę przeciętą wzdłuż na pół… Doklepałem odpowiednio dwa półstożki, pospawałem do kupy i otrzymałem elegancką stożkową nóżkę. Reszta to pikuś…

Kolejnym wyzwaniem są hamulce…

Do warsztatu przetransportowałem obie w zasadzie kompletne tarcze kotwiczne hamulców. Zanim jednak tam trafiły zaliczyły ręczną myjnię samochodową, bo brudne były okropnie. Szczęki w zasadzie od razu wymontowałem i odłożyłem na bok zastanawiając się co też dalej z nimi zrobić. Z tarcz kotwicznych wymontowałem co się dało: napędy prędkościomierzy, rozpieraki (jeden trzeba było odciąć, bo poprzedni właściciel przysmarkał do niego kawałek nóżki zmiany biegów w zastępstwie oryginalnej aluminiowej dźwigienki), kalamitki i coś czego się nie spodziewałem – filcowe uszczelnienia przeciwkurzowe. Hm…

tarcze szlifujemy

Amelinium szlifujemy… i nie lubimy tego…

Tarcze kotwiczne umyłem, z grubsza przeszlifowałem z zewnątrz starając się zlikwidować co większe nierówności. Polerką nie zawracałem sobie głowy, z resztą na jednej z tarcz jest masa drobnych wżerów. Powierzchnia jest wyprowadzona na w miarę równą i gładką. I wystarczy.

Otwory do wkręcania kalamitek zostały zregenerowane przez wkręcenie wkładek helicoil – sposób szybki i pewny. Popatrzyłem na allegro na ofertę kalamitek – uznałem, że 6 złotych za sztukę czegoś co jest warte góra 2 to lekka przesada. Kupiłem inne i generalnie kwestia odstępstwa od oryginału w tym zakresie jakoś nie zaprząta mojej uwagi.

Z rozpierakami był problem. Jeden był w bardzo dobrym stanie, drugi zaś – ten odcięty już nie bardzo. W zasadzie gdyby miał dobry wieloklin, to jeszcze byłby do użytku, bo w wyniku odcięcia skrócił się raptem o 2 mm, ale wieloklin był zniszczony – wyglądał jakby był skręcony. Trzeba było załatwić drugi. I tutaj kolejny problem. Część ta nie występuje wśród współcześnie produkowanych zamienników, trzeba było szukać w używkach, których z kolei… nie było. Ostatecznie po kilku dniach polowania na allegro kupiłem komplet dwóch sztuk. Przyszły wczoraj. Używki w stanie bardzo dobrym.

Zrobiłem też jeszcze dwie rzeczy: filcowe uszczelnienia przeciwkurzowe oraz element mocujący linkę prędkościomierza w tarczy kotwicznej. Z jednym i drugim kombinowałem. Uszczelnienia wymagały wyprostowania blaszanych obudów i wymiany wkładek. Pierwsze dało się zrobić bez problemu, z drugim… uznałem, że 10 złotych za kawałek filcu nie licząc przesyłki to cokolwiek za drogo. Postanowiłem dorobić to we własnym zakresie. Uznałem, że najlepszym materiałem będzie wkładka z gumofilca 🙂 Niestety… znalazłem tylko takie podklejone folią ameliniumową… Na szczęście w jednym ze sklepów typu „żeremie budowlane wszelakie” znalazłem stosowny materiał w cenie bardziej niż normalna, z którego wyciąłem co potrzeba.

Element mocujący linkę prędkościomierza wykonałem z tego co znalazłem na warsztacie. Wygląda podobnie jak oryginał. Teraz będzie on także i w drugiej tarczy.

Ze szczękami na razie stoję i myślę. Albo oddam do fachowca – niech naklei nowe zgodnie z nowoczesnymi technologiami stosowanymi w tego typu pracach, a jak nie to sobie kupię nowe okładziny, które zgodnie ze sztuką przynituję w miejsce starych. Zobaczymy.

Autor Rafał Hyrycz

lut 27

Lat temu prawie 30 na strychu domu rodzinnego na Ogródkach znalazłem książkę poświęconą budowie, eksploatacji i naprawom pojazdów samochodowych. Z książki tej korzystał mój Ojciec ucząc się w technikum – później najwyraźniej potrzebna już mu nie była. Mnie za to się przydała – chociaż jako mniej więcej dziesięciolatek wielu rzeczy w niej zawartych nie rozumiałem.  Na jedną rzecz chciałbym tylko zwrócić uwagę: był rok mniej więcej 1985 a książka miała swoje pierwsze wydanie gdzieś w końcu lat 60 zeszłego wieku.

Jedną z rzeczy, które nie do końca ogarniałem był jeden ze sposobów naprawy zerwanego gwintu w otworze świecy w głowicy silnika. Autor przedstawiał trzy sposoby takiej naprawy:

  • przegwintowanie otworu i zastosowanie świecy o większej średnicy gwintu;
  • powiększenie otworu wraz z jego przegwintowaniem i zastosowaniem wkładki redukcyjnej;
  • zastosowanie specjalnej wkładki sprężystej.

Wszystkie te sposoby były ilustrowane rysunkami i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie drobny fakt – za cholerę nie mogłem zrozumieć o co chodzi z tą wkładką sprężystą… Drut? Sprężyna? WTF?

Mimo to, autor rozwiązanie zachwalał.

Pytałem Ojca, ale chyba też osobiście się nie zetknął. Przynajmniej wtedy.

 Minęło lat „dziesiąt” i oto stanąłem przed konkretnym wyzwaniem: silnik S03… Junak M10. Singiel – 350 centymetrów sześciennych szczęścia w jednym garnku. Stara konstrukcja – kto zna, ten wie. W karterach tego silnika jest mnóstwo gwintowanych otworów, w które wkręcane są szpilki. Gwinty w tych otworach są przeważnie w dużej części zmęczone, często się zdarza, że przy próbie odkręcenia nakrętki wykręca się szpilka  – często razem z gwintem… Co w takim przypadku zrobić? Ano stosując się do starej szkoły – otwór z gwintem M6 przegwintować na M8  i taką zastosować śrubę. No dobrze… a jak ósemka się nie zmieści, albo też się zerwie to co? Hmmm – to trzeba znaleźć gościa co spawa aluminium, otwór zaspawać, wywiercić, nagwintować abarot na M6 i czekać aż się osra…

W karterach silnika mojego Junaka było kilka takich właśnie zniszczonych otworów ze wspomnieniem po gwincie M6.  Zabrałem je do firmy mojego Szwagra. Zreferowałem co jest do zrobienia i zaczęliśmy rozważać sposoby naprawy tych nieszczęsnych otworów. Zasugerowałem użycie tiga, wiertła i gwintownika. Szwagier odpowiedział, że jego zdaniem takiej konieczności nie będzie, bo można zastosować Helicoil… W tym momencie zacząłem coś kojarzyć… helicoil to taka wkładka sprężysta wkręcana w zniszczony otwór? Niemożliwe, że coś takiego istnieje w rzeczywistości – znam tylko teoretycznie. Okazało się jednak, że istnieje – co więcej Szwagier ma u siebie zestawy umożliwiające naprawę różnych gwintów.

Jak wygląda procedura naprawcza? Jest bardzo prosta i szybka chociaż wymaga użycia specjalnych narzędzi. O warsztatowej staranności nie wspominam.

  • naprawiany otwór należy powiększyć specjalnym kalibrowanym wiertłem;
  • powiększony otwór należy nagwintować specjalnym kalibrowanym gwintownikiem;
  • w nagwintowany otwór przy użyciu specjalnego narzędzia wkręcić ową tajemniczą „wkładkę sprężystą”
  • odłamać ten fragment wkładki, który umożliwiał jej wkręcenie – nie będzie już potrzebny, co więcej jego pozostawienie mogłoby spowodować zmianę położenia wkładki lub zniszczenie gwintu wkręcanej w nią śruby. Wykonuje się to – a jakże – specjalnym do tego celu narzędziem, a w przypadku gwintów większych – szczypcami.

Wkładkę przed wkręceniem można posmarować klejem do połączeń gwintowych z Loctite bądź jego tańszych ale równie dobrych odpowiedników (np. CX80).

Trochę o zaletach…

  • naprawa jest prosta i szybka;
  • w wyniku naprawy otrzymujemy gwint identyczny jak ten zniszczony;
  • wkładka jest stalowa – co jest ważne w przypadku części aluminiowych.

… i trochę o wadach…

  • koszty. Same wkładki nie są aż tak bardzo drogie, natomiast zestawy naprawcze (czyli narzędzia) – to już poważniejszy wydatek. W przypadku gwintu M6 taki zestaw wraz z małym zapasem wkładek to wydatek rzędu 150 złotych. Biorąc pod uwagę, że każdy gwint wymaga innego zestawu… robi się drogawo. Aczkolwiek – wydatek ten powinien się szybko zwrócić.
  • dostępność i powszechność stosowania. Jak wspomniałem na początku wpisu technologia jest znana od dawna, ale znam tylko jeden warsztat samochodowy (w zasadzie montujący instalacje LPG) gdzie jest ona w razie potrzeby stosowana.

Kilka dni temu musiałem naprawić kolejny gwint… Okazało się, że wkładki się skończyły.  W sklepach z artykułami technicznymi w Wyszkowie nie znają, nie wiedzą, nie sprowadzają… Ponieważ sprawa nie była pilna poszukałem na allegro. Znalazłem sklep, który mogę z czystym sumieniem polecić: www.narzedzie.com.pl Mają w ofercie zarówno wkładki jak i zestawy narzędzi.

Na koniec pasowałoby jakoś podsumować ów postęp i zacofanie. Trudno się oprzeć wrażeniu, że postęp w niektórych dziedzinach następuje wyjątkowo opornie i rozwiązania, które powinny być w powszechnym użytku są ciągle nowinkami. W tym konkretnym przypadku miarą postępu jest to, że wkładki można już kupić a nie tylko czytać o nich w książce – przypominam – książka miała swoje pierwsze wydanie w latach ’60 zeszłego wieku. Myślę, że za kolejne 30 lat będą już do nabycia w każdym sklepie żelaznym.

PS. Stosowanie wkładek Helicoil nie jest jedyną metoda naprawy zniszczonego gwintu. Inną – jeszcze lepszą metodą są tzw. inserty firmy Wurth. Zasada naprawy jest podobna jak w przypadku Helicoil – naprawiany otwór powiększa się i gwintuje specjalnym gwintownikiem. Następnie w tak przygotowany otwór wkręca się w/w insert czyli taką wkładkę – coś mniej więcej jak tulejka redukcyjna. Gwint w otworze tej wkładki po wkręceniu jej w otwór kalibruje się specjalnym gwintownikiem, który nie tyle nacina nowy gwint ale rozwalcowuje wkładkę tak aby dobrze dopasowała się do gwintu naciętego w materiale. Ale to już jest wyższa szkoła jazdy – pomimo tego wiem, że są już firmy świadczące tego typu usługi. Przy obecnym trendzie – aby technologia ta trafiła „pod strzechy” – perspektywa czasowa to jakieś 50 lat.

Na Youtube jest mnóstwo filmików, na których można niemalże na własne oczy zapoznać się z opisanymi przeze mnie technologiami. Słowa kluczowe: „helicoil” i „wurth time sert”.

 

Autor Rafał Hyrycz \\ tagi: , ,

sty 09

Dzień dobry Państwu,

Niniejszy wpis kieruję do właścicieli autek typu Moskwicz na pedały – czyli AZAK 🙂
Przygotowuję produkcję krótkiej serii deficytowego towaru jakim są dekielki / kołpaczki kół. Jest możliwość wykonania takowych z blachy aluminiowej grubości 1,5mm.
Ilość – skolko ugodno, myślę że każdy chętny się załapie.
Osoby zainteresowane proszę o kontakt na leonzet(at)op(dot)pl
pozdrawiam
Rafał Hyrycz

Autor Rafał Hyrycz

gru 09

Jakiś czas temu w ramach walki z czasem wolnym popełniłem kompresor warsztatowy…

Opis zmagań z materią i wykorzystaniem elementów przydrożnych jest dostępny tutaj: http://www.pofajrancie.pl/?page_id=1751

Wersja jest rozwojowa ze względu na konieczność wstawienia zdjęć oraz małym apgrejtem konstrukcyjnym.

 

Autor Rafał Hyrycz \\ tagi: , , ,

maj 22

We wpisie dotyczącym „pewnej zguby, szczęśliwym odnalezieniu i nauczce na przyszłość” wspomniałem o tajemniczym krzyżu odnalezionym i ustawionym na wyrobisku piasku. Jakiś czas temu pojechałem z synem moim na ryby w tamte okolice. Obejrzałem sobie ten krzyż nieco dokładniej: porządna kowalska robota wykuta w prawdziwym żelazie. Dawniej kowali w Wyszkowie i okolicach było kilku – między innymi mój Ś.†P. Dziadek. W Dziadkowej kuźni praktycznie rzecz biorąc wychowałem się i nie kojarzę aby Dziadek miał kiedykolwiek na kowadle tego typu robotę. Więc to raczej nie On wykonał ten krzyż.

Kilka dni później wraz z Żoną i dzieciakami pojechaliśmy na  brańszczykowski cmentarz odwiedzić groby bliskich. Przechodząc pomiędzy grobami natknąłem się na krzyż bardzo podobny do tego, który widziałem nad Bugiem. Pomimo pewnych różnic widać było, że wyszły one z tego samego kowadła i tego samego młota prowadzonego tą samą ręką. Czyli majster musiał pochodzić z Brańszczyka lub okolic. W Brańszczyku, z tego co wiem było dwóch kowali. Wnuka jednego z nich znam osobiście. Popytam, może będzie coś wiedział. W każdym bądź razie temat uważam za rozwojowy i myślę, że na jednym suplemencie się nie skończy.

 

Autor Rafał Hyrycz

mar 10

O pewnej zgubie, szczęśliwym odnalezieniu i nauczce na przyszłość.

Łęgi nadbużańskie to – jak już wspominałem miejsce, gdzie praktycznie rzecz biorąc się wychowałem. Nic więc dziwnego, że od czasu do czasu odwiedzam je zaglądając w stare kąty. Tak też było i tym razem.
Późna wiosną roku zeszłego w drodze z pracy do domu wybrałem się zobaczyć jak tam woda na Bugu i czy jest po co na ryby iść. Na łęgi zjechałem stara drogą brukowa przy dawnej elektrowni miejskiej, stamtąd po ogólnie wyjeżdżonych dróżkach do pozostałości starorzecza Bugu zwanych Długie Doły. Na wiosnę gdy jest wysoka woda z Długich Dołów odpływa woda do Bugu – przez co w wielu miejscach powstają dość spore kałuże. Tak więc dojechałem do takiej kałuży przy Pierwszym Długim Dole. Głęboka nie była, dno miała twarde szeroka też nie była – dla terenówki żadna przeszkoda, dla osobówki jednak dość poważna. Na tyle poważna, że jeden z kierowców – właściciel nieco przechodzonej laguny kombi w kolorze jasnozielony metalik uznał, że nie pokona jej na wprost a objedzie nieco boczkiem – bo tam ciek jest węższy i przeskoczy go szybciej. Niestety – pomysł może i dobry, wykonanie nieco gorsze a auto zupełnie do takich celów nieodpowiednie. Wysiadłem z kijanki i popatrzyłem sobie jak kierownik rozpaczliwie walczy o trakcję w miejscu, gdzie trakcji nie ma prawa mieć przez co auto nieuchronnie zmierza w kierunku jądra Ziemi. Równocześnie zauważyłem, że kierownik równie wiekowej i równie przechodzonej Deło Nexii próbuje przy pomocy linki wyciągnąć kolegę. Postanowiłem zapytać – czy aby nie pomóc zanim zrobi sobie krzywdę jakąś. Odpowiedź była negatywna – kierowca Nexii stwierdził, że dadzą radę. Ok – to ja sobie na to popatrzę, szkoda tylko że popcornu nie mam.
Po trzech próbach chłopaki stwierdzili, że jednak rady nie dadzą, nexii na trawie ślizgały się koła, w dodatku miała nieco pod górę.

  • Możesz wyciągnąć kolegę?
  • Nie ma sprawy… Co to jest za lina? Kinetyk?
  • Nie, nie – zwykła holownicza, tylko trochę grubsza. Jeździmy w terenie samurajem, akurat na warsztacie jest.

Czyli chłopaki wiedzą o co chodzi, ale na wszelki wypadek mówię:

  •  Jak jest wklejony, to będę musiał szarpnąć, aby go wyjąć. Postaram się to zrobić delikatnie, żeby czegoś nie urwać.
  •  Ok.

No dobra. Kijankę ustawiłem na stanowisku bojowym, sprzęgiełka pozapinałem, 4L na reduktorze. Problem się zrobił z liną – a właściwie jej podpięciem. U mnie jest zaczep, w lagunie jest zaczep. Lina ma hak, ale tylko z jednej strony. Z drugiej urwany. Może to i lepiej. Hak do zaczepu kijanki zaczepili, do laguny przywiązali. Pierwsza próba, delikatnie na miękko, błoto nie puszcza ale za to puszcza węzeł. No dobra – poprawka wiązania, krzyczę przez okno, że będzie lekkie szarpnięcie. No i było… bardzo lekkie… na tyle jednak silne, że z laguny wziął i się wyrwał zaczep, przeleciał kawałek w powietrzu i upadł na trawę… Nooo, ładny gips… I za co go teraz zaczepić? Kombinujemy… Dobra – pozostaje tylko tylna belka zawieszenia. Może mu zawiasu nie wyrwę. Szarpnięcie – i czuję, że coś wyskoczyło. Mam nadzieję, że to nie belka. Nie… na szczęście wyszła cała laguna. Straty w sprzęcie jakieś niewielkie są – oberwało się poszycie przedniego zderzaka po tym jak zarył w błocie. Wyciągnąłem lagunę na twarde, odmówiłem przyjęcia pieniędzy, po czym – niejako z marszu, dość szybko zaatakowałem wspomnianą wyżej kałużę. Rozbryzg wody był spory i wywołał u mnie wrażenie deja vu… Cholera… gdzieś, kiedyś, coś podobnego przeżyłem… No nic, wrażenie jak szybko przyszło, tak szybko poszło wraz z rozbryzgami wody. Pojechałem kawałek w kierunku Budzyska, zjechałem nad sam Bug w miejsce gdzie lat temu prawie 40 Ojciec mój piękne sandacze łapał nie przejmując się zupełnie faktem, że jako szczyl dwuletni w spławik mu kamieniami rzucałem. Dzisiaj sandaczy już nie ma. Przynajmniej tutaj.
Rozejrzałem się i wróciłem na drogę którą przyjechałem. Zatrzymałem się na chwilę przy żelaznym krzyżu umieszczonym na szczycie dawnego wyrobiska skąd wydobywano piasek. Miejsce to zawsze wydawało mi się nieco tajemnicze, tak jak i to skąd się wziął ów krzyż…
„Krzyż nie znanego pochodzenia wyjęty z dołu obok dnia 24.05.1994. postawiony tu z upomnienia Św. Heleny we śnie A.B.”
Wyrobisko objechałem górą, zaryzykowałem też zjazd po stromej ścianie w dół i równie stromy podjazd. Daliśmy radę.
Uznałem, że na dziś wystarczy i skierowałem kijankę na kurs powrotny tą samą trasą, którą przyjechałem. Po drodze, mniej więcej 100 metrów przed kałużą, którą tak widowiskowo przejechałem minąłem się z pojazdem powszechnie uważanym za terenówkę, chociaż takową nie jest. Pojazd ten jest fabrycznie jeżdżącym bublem z wyjątkowo kiepsko rozwiązanym i wiecznie sprawiającym problemy napędem na 4 koła. Posiadacze takowego auta po usłyszeniu jaką kwotę muszą przeznaczyć na wymianę (bo oczywiście naprawa nie jest możliwa) awaryjnego elementu zwykle idąc po linii najmniejszego oporu demontując tylny wał napędowy. Tak więc w naszej szerokości geograficznej Land Rover Freelander – bo o nim mowa występuje głównie w wersji 4×2 po przekładce z anglika na maglownicy od opla. I taki właśnie egzemplarz minąłem. W kolorze czerwonym był.
Kałużę pokonałem w podobnym stylu jak poprzednio. Przy wyjeździe z łęgów zauważyłem, że w stronę owej kałuży zmierza jakaś frontera, czy też coś zbliżone gabarytami.
Na asfalt wróciłem nieco inną trasą niż przyjechałem i spokojnie bez pośpiechu udałem się ku wsi mojej. Podjechałem pod zamkniętą bramę, zatrzymałem auto, wysiadłem aby ową bramę otworzyć… i stanąłem jak wryty. Patrząc na przedni zderzak zobaczyłem wielki brak… Brak tablicy rejestracyjnej, a częściowo pogięta a częściowo połamana plastikowa ramka zwisała jak ten smętny wuj ze zderzaka… O żesz ty… od razu przypomniałem sobie owo deja vu. No tak – ostatnio w identyczny sposób straciłem tablicę rejestracyjną na Transpolonii Zachód w 2008 roku. Krótka chwila na zastanowienie się co robić – wjechać na podwórko, powiedzieć w domu co i jak i jechać, czy też od razu wbić wsteczny? Zanim jednak rozstrzygnąłem dylemat, na balkonie pojawiła się moja Żona…

  • Co się stało?
  • A wiesz…. kolegę z błota wyciągałem i zgubiłem rejestrację… muszę wrócić i poszukać.
  • Ok. Dobrze się składa. Weź ze sobą dzieciaki.

10 minut później byliśmy w drodze powrotnej na miejsce zdarzenia. Na wszelki wypadek jechałem powoli uważnie lustrując asfalt i pobocza w poszukiwaniu zguby. Nic nie znalazłem. Nie znalazłem nic na drogach, którymi jeździłem po łęgu. Została tylko ta kałuża. Dzieciaki zostały w aucie, ja zdjąłem buty i zacząłem brodzić w zmąconej wodzie próbując gołymi stopami wymacać zgubioną tablice. Przedeptałem tę cholerną kałuże w te i wewte… i nic. W końcu przy samym brzegu ją znalazłem – przykryta była centymetrową warstwą piasku. Podniosłem, opłukałem, stwierdziłem że moja i wrzuciłem do samochodu. Założyłem buty. W tym momencie do kałuży zbliżył się powracający Freelander… Do wody wjechał z rejestracją, wyjechał już bez – o czym kierownik nie wiedział. Machnąłem gościowi, a gdy się zatrzymał i otworzył okno pokazałem mu swoją rejestrację ze słowami:

  • Ja już swoją znalazłem, teraz niech Pan szuka swojej…

Znalazł dość szybko.

Następnego dnia połamaną ramkę wyrzuciłem do śmietnika a tablicę rejestracyjną przynitowałem stalowymi nitami do zderzaka. Trzyma jak złoto.

Autor Rafał Hyrycz

mar 06

Jak wygrałem konkurs na kretyna roku.

Z XVI Terenowego Spotkania u Seby wróciłem z jednym niezbyt dużym uszkodzeniem auta: rozerwaną manszetą przegubu zewnętrznego po lewej stronie auta. Uszkodzenie niezbyt poważne ale nieco upierdliwe w naprawie. Niezwłocznie zakupiłem nowe manszety, nowe opaski zaciskowe i w wolnej chwili – była to sobota – postawiłem kijankę pod kanciapą celem dokonania napraw. Postawiłem pod kanciapą, podniosłem, podparłem, pozbawiłem koła przedniego lewego a w chwilę potem półosi napędowej przedniej lewej. Część prac wykonywałem przy samochodzie, cześć w kanciapie kursując stale na linii na linii kanciapa – kijanka – kanciapa. W tym czasie przy samochodzie kręcił się Młody z ambitnym zamiarem zrobienia sobie krzywdy – a jeśli by się to nie udało – to przynajmniej wyniesienia części leżących pod kijanką narzędzi…

  • tata, a mogę ten klucz???
  • nie synku, nie możesz! zostaw go gdzie jest!
  • dobrze tatusiu. wezmę go jak mogę.
  • ale nie możesz!
  • ale chcę!

No i gadaj tu z takim… Chwilę później musiałem zbierać klucze po podwórku. Znalazły zastosowania alternatywne.
Mimo to naprawa poszła dość sprawnie i wkrótce kijanka stanęła znów na wszystkich czterech kołach… Pochowałem wszystkie graty i narzędzia – niestety o schowaniu puszki ze smarem ŁT43 zapomniałem… otwartej puszki – co należałoby dodać.
W niedzielę Młody dostał się na tę część podwórka, gdzie stała kijanka. Kręcił się dookoła auta – coś tam robił, ale ponieważ jak mi się zdawało – zagrożenia nie było, a jego działania nie miały charakteru destrukcyjnego – nie reagowałem. Jak się okazało w mylnym błędzie tkwiłem…
Rankiem w poniedziałek okazało się, że auto po prawej stronie do wysokości klamek wysmarowane jest na grubo smarem ŁT 43 wygrzebanym przez młodego z pozostawionej przeze mnie nieopatrznie puszki. Chyba z kilogram tego towaru poszło. No nic… pojechałem na myjnię – jakoś to zeszło… Do domu wróciłem i pytam:

  • synek, coś ty mi z tym smarem narobił przy aucie?
  • auto ci zakonserwowałem tatusiu…

Ręce mnie opadły – no bo jak tu się gniewać na synka, co to tatusiowi auto konserwuje centymetrowej grubości warstwa towotu… na wszelki wypadek powiedziałem, aby więcej tego nie robił – bo się gniewać będziemy.
Najbliższe dni pokazały, że konserwacja to nie jedyna rzecz, którą przy kijance wykonał…
A było tak:
W przeciągu dwóch – może trzech dni od momentu usunięcia towotu z karoserii zachciało mi się wracać do domu niekoniecznie po asfalcie. Pojechałem na łęgi nadbużańskie – jest tam sieć dróżek i ścieżek po których można dojechać aż do Turzyna. Ponieważ na tych łęgach praktycznie rzecz biorąc wychowałem się więc były mi one doskonale znane. Te ścieżki, które wybrałem stanowiły łatwą trasę – drogi w większości wyjeżdżone na twardo, trochę piachu – ale nie za dużo a jedyne krytyczne miejsce było przy starorzeczu Bugu, gdzie trzeba było przejechać jedną błotnistą kałużę w miejscu gdzie woda z jednego oczka przepływała do Budzyska. Kałużę tę można było sforsować na dwa sposoby:

  1. Wariant „na wprost” z marszu co wydawało się najłatwiejsze, ale… rzut oka na strukturę i fakturę gruntu wskazywał niezbicie, ze „nasi już tam byli”. I przeorali conieco – co w sumie sprawiło, że wariant „na wprost” został zaopiniowany negatywnie.
  2.  Wariant „lekko w lewo” wydawał się bardziej skomplikowany. Trzeba było odbić nieco w lewo, podjechać pod mała skarpkę i jej szczytem przejechać może z 10 metrów a następnie odbić w prawo, na szybkości przelecieć przez błoto i wyskoczyć na twarde po drugiej stronie kałuży. Tutaj też nasi byli…

No cóż… wybrałem wariant lewy. Wysiadłem z auta, poprzekręcałem sprzęgiełka w piastach kół przednich, na reduktorze zapiąłem 4L, dwójka i jadę. Na skarpę wskoczyłem zgodnie z planem, przejechałem szczytem te kilka metrów jak chciałem, potem w prawo ognia… a tu siurpryza… Bo nie przeskoczyłem nawet połowy tego błota. Auto stanęło. Przetarłem z niedowierzania oczy – bo przecież kijanka nawet tego nie powinna odczuć, włączyłem wsteczny, cofnąłem i druga próba – niestety z równie miernym rezultatem. Do trzech razy sztuka pomyślałem. Trzecia próba zakończyła się identycznie jak dwie poprzednie. Co u licha? Szybki rzut oka na zegarek – i kalkulacja. Jest szósta, dobrze by było abym w domu nie był później niż o siódmej. Jak się zacznę pchać w to błoto – a ewidentnie coś jest nie tak, to w końcu utknę i się będę do rana wygrzebywał. Teraz wciąż jeszcze jestem na trakcji i mogę się wycofać… chwila na zastanowienie i decyzja: wycofać się na z góry upatrzone pozycje. No dobra – najlepiej byłoby zawrócić, ale nie ma miejsca. Pozostaje cofanie grzbietem skarpy. Chyba robię to za nerwowo, bo ciągle zjeżdżam to na jedną to na druga stronę grzbietu… kurde.. .za bardzo w prawo, ale zjeżdżam ze skarpy na którą kilka minut temu wskoczyłem bez problemu i… koniec jazdy. Co u licha? Przednie koła stoją wyżej na skarpie, tylne – teoretycznie na twardej drodze poniżej. Okazuje się, że tylko jedno tylne koło ma trwały kontakt z matką ziemią. Łot da fak? Próby rozbujania auta nie dają rezultatu, lewarowanie w celu podłożenia czegoś pod koło też nie bardzo – z resztą lewarek się zapada a hi – lift leży sobie spokojnie w garażu w towarzystwie tirfora. Pozostaje szpadel, z którym nie bardzo jest co zrobić, gdyż auto nie jest zakopane. Czas mija… za kwadrans siódma… Niedobrze… jak można było wkleić w takim miejscu? Dobra… rozważamy opcje… telefon działa? Działa – to trzeba się Sebkowi pokłonić – może jest w pobliżu i dojedzie. W kontaktach jednak Sebek nie figuruje. No ładnie… w poprzednim telefonie był na pewno. Widocznie przy przenoszeniu danych między aparatami wsiąkł jak kilka innych. Dobra… telefon do Wojtka na szczęście jest. Dzwonię… bateria ma 20% mocy… Ładowarka oczywiście została w osranym focusie. Trzeci dzwonek, Wojtek odbiera. Mówię szybko: utknąłem tu i tu, potrzebuję wsparcia, wystarczy kinetyk. Wojtek na to nieco zdziwiony…

  • no wiesz, ale ja nie mam terenówki…
  • wiem, ale pewnie masz numer do Sebka, on ma sprawną landrynę to może podjedzie i mnie wyciągnie…
  • ok, już wysyłam.

Trzydzieści sekund później dostałem esemesa z numerem do Sebka, który od razu sumiennie dodałem do kontaktów. Dzwonię…

  • Abonent jest poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony telefon…
  • no to pozamiatane…

Stan baterii na telefonie: 15%. Dochodzi siódma… 10 minut później dzwonię ponownie. Sebek odbiera, wyjaśniam sprawę, proszę o pomoc i niby wszystko jest na dobrej drodze, ale…

  • a masz kierowcę? Bo przed chwilą piwo wypiłem i nie mogę jechać.
  • no to pozamiatane… słuchaj, a jakby podjechał do Ciebie Wojtek i on by poprowadził?
  • nie ma problemu.

Dobra – pozostaje mieć nadzieję, że Wojtek nie ma planów na wieczór. Kolejny telefon…

  • abo wiesz, Sebek jest po piwie, kierowca potrzebny, mógłbyś ewentualnie landrynę poprowadzić?
  • ok, nie ma problemu, już jadę.

Odłożyłem telefon. 10% mocy… pomoc na szczęście w drodze. Se kurna polatałem…

  • auto ci zakonserwowałem tatusiu… – przeleciały mi przez głowę słowa mojego syna…

No zakonserwowałeś synku gruba warstwą towotu co ją z otwartej puszki wygarnąłeś po tym jak zapomniałem ją sprzątnąć jak manszetę przedniej półosi wymieniałem… Przedniej półosi, przedniej półosi, przedniej??????
No nie… to nie może być prawda…
Wysiadłem z auta… no przecież przekręcałem te sprzęgiełka na 100 procent…
No cóż – okazało się, że Młody nie tylko wysmarował kijankę towotem, ale również przekręcił jedno ze sprzegiełek w pozycję „4×4” drugie pozostawiając w pozycji „4×2”. Ja przed zaatakowaniem skarpy wysiadłem z samochodu i przekręciłem oba sprzęgiełka zupełnie bezwiednie, dzięki czemu jedno ustawiłem w pozycji „4×2” a drugie „4×4”. W takim wypadku napęd nie miał prawa iść na przednie koła. Z ciężkim westchnieniem przekręciłem sprzęgiełko we właściwą pozycję. Kijankę odpaliłem, upewniłem się że mam załączony reduktor, po czym jak gdyby nigdy nic zjechałem ze skarpy..

No dobra – trzeba odwołać odsiecz…

  • cześć, właśnie wygrałem konkurs na kretyna roku…

Autor Rafał Hyrycz