Opowieść z Moskwiczem w tle

Co by tu zmalować... ;)

Autor zastanawia się co by tu zmalować…

W pradawnych czasach – czyli w końcówce lat siedemdziesiątych zeszłego wieku szczytem marzeń przedszkolaka płci męskiej było posiadanie blaszanego radzieckiego moskwicza napędzanego pedałami. Niestety – jak wielu moich rówieśników o zabawce takiej mogłem jedynie pomarzyć z zazdrością patrząc jak sąsiad z naprzeciwka ujeżdża taki bolid. Nie pamiętam tylko czy kiedykolwiek dał komukolwiek się nim przejechać. Chyba nie. No cóż…

Lata minęły… Moskwicz sąsiada – cytując pewnego klasyka „sczezł był w łopianach i barszczach”. Pozostało po nim tylko wspomnienie i uparcie powracająca myśl – a może bym coś takiego Córce mojej kupił? Myśl rzeczywiście była natrętna, więc zacząłem regularnie przeglądać oferty na allegro. Oferty… czasem się jakiś trup pojawiał i szybko znikał za relatywnie duże pieniądze. Cholera… to aż tyle warte jest? No i nie jestem jedyny.

Rozmowa z Żoną i decyzja: kup jakiegokolwiek uda się wyrwać i wyremontuj – czyli zielone światło. W ciągu kilku miesięcy licytowałem trzy sztuki za każdym razem przegrywając o złotówkę czy też dwie. Gdy namierzyłem czwartego postanowiłem złożyć sprzedającemu propozycję nie do odrzucenia. I rzeczywiście – propozycja została przyjęta, skutkiem czego w niedzielę 13 marca 2011 roku musiałem się osranym focusem kopnąć w stronę miasta Łodzi celem sfinalizowania transakcji. Zanim jednak dotarłem do Łodzi zahaczyłem o miasto stołeczne gdzie na torze wyścigów konnych na Służewcu zorganizowany został Motobazar. Ponieważ rozpocząłem długo odwlekaną reaktywację „projektu Junak” moja obecność tam była wręcz obowiązkowa. Pojechałem, zakupiłem co miałem zakupić, ulgnąłem osranym focusem w rozmiękłej glebie placu przeznaczonego na parking, wygrzebałem się klnąc na czym świat stoi to, że nie mogłem pojechać kijanką… eMTek poradziłby sobie bez problemu. W końcu udało się i znalazłem się na trasie wylotowej na Łódź. Po drodze dwa telefony: do sprzedającego, że jadę i do Kuby z forum4x4 – że też jadę 🙂 Sprzedający podał miejsce spotkania toteż ja z kolei przekazałem Kubie, gdzie może mnie znaleźć. Kuba podjechał na miejsce krótko po tym jak dałem mu znać, że jestem. W sumie to nigdy się nie widzieliśmy na oczy – znajomość było czysto wirtualna a elementem wspólnym jest to, że obaj posiadamy kijanki… Na rozmowach o takich bardziej technicznych zeszło oczekiwanie na sprzedającego. W końcu na parking podjechał matiz, z którego wysiadł – jak się potem okazało – ojciec z synem. Autko mieli ze sobą – rzuciłem okiem – z grubsza zgadzało się toto z opisem.

Moskwicz

Staruch 🙂

Pomarańczowy, prawie kompletny ale z drobnymi brakami, nieco pordzewiały – jednym słowem żelazo dobrze rokujące. Chwilę później nastąpiła wymiana moskwicza na bilety Narodowego Banku Polskiego z wizerunkiem króla Jagiełły a po pamiątkowej fotce zamknąłem klapę bagażnika osranego focusa. Krótkie pożegnanie z Kubą i do domu. Po drodze telefon do Żony:

  • Staruch zakupiony. Prawie kompletny, drobne braki.
  • Odpala, jeździ, ma papiery 🙂
  • Do remontu blacharskiego 🙂
  • Damy radę, a co 🙂

_____________________________________________________________________________________________________

Tydzień później…

Dżizas… ale padło… Co mnie podkusiło… To chyba na skutek nieoczekiwanego ataku wiosny doznałem pomroczności jasnej i w wyniku tego zdarzenia zakupiłem byłem tę kupę złomu… Ale twardym trzeba być a nie miękkim. Szczególnie w starciu z sowiecką technologią.

I wygląda to tak:

  • blacharka – do roboty. Sporo korozji – wiadomo – ruska stal gnije nawet zanurzona w oleju. „Maska” i „klapa bagażnika” są powgniatane. Blacha na Moskwiczu ma może 0,7mm grubości a elementy te nie mają praktycznie żadnych usztywnień – poza jakimiś szczątkowymi przetłoczeniami więc są wiotkie;
  • układ napędowy – kompletny, ale do roboty. Jedno z tylnych kół „nie ciągnie”.
  • układ kierowniczy – w zasadzie kompletny, chociaż auto dzwona miało skutkiem czego zdefasonował się lewy przedni błotnik, puściły zgrzewy w nadkolu a zwrotnica pozbawiona trzymania zmieniła swój kąt pochylenia skutkiem czego auto pod względem skrętu upodobniło się do freelandera po przekładce na maglownicy opla. Dodatkowo koło kierownicy jest pęknięte.
  • braki: światła przednie, atrapa, szyba, jedno z tylnych świateł, kołpaki na tylnych kołach. Listwy boczne kompletne, ale zdewastowane. Oryginalny „lakier” schodzi podrapany paznokciem, więc trzeba się go będzie pozbyć. Jeszcze nie wiem czy piaskowaniem czy wystarczy wiertarka i odpowiednia ściernica. Zobaczymy.

Czyli szykuje się grubsza robota.

Demolka - widok ogólny.

Demolka – widok ogólny.

Demolka - widok podwozia.

Demolka – widok podwozia.

Demolka - ruda atakuje.

Demolka – ruda atakuje.

Demolka - mechanika.

Demolka – mechanika.

Po dokonaniu tej jakże optymistycznie nastrajającej oceny zamiast wystawić to padło na allegro z nadzieją, że może trafi się jakiś jeleń, który stratę finansową mi powetuje zabrałem się do roboty… W pierwszej kolejności zdemontowałem układ kierowniczy. Łatwo nie było, bo śruba mocująca kierownice wraz z jej wałem wzięła się i zakleszczyła. No cóż – pomogły dość drastyczne metody, ale nie będę o tym pisał. W końcu może dzieci to czytają. Potem zdemontowałem układ napędowy. W sumie to roboty nie będzie z tym za dużo, bo pomijając szczegóły to elementy są w dobrym stanie ogólnym.

Gorzej jest z blacharką. Miejscami blacha przegniła na wylot i trzeba będzie spawać wstawki. Zacząłem łapać migomatem oderwane fragmenty poszycia, ale jakoś tak bez przekonania co do sensu tej roboty. Już chyba lepiej rozebrać grata do reszty. Można będzie wtedy poszczególne elementy wyprostować, wyspawać i wypiaskować. Tylko, że po piaskowaniu może niewiele z niego zostać.

Póki co maskę i klapę bagażnika wypchnąłem od wewnątrz, ale ostre zagięcia miejscami pozostały. Trzeba będzie coś i z tym zrobić. Planuję wspawać od wewnątrz jakieś listwy usztywniające poszycie. Wiem – odstępstwo od oryginału, ale trudno.

_____________________________________________________________________________________________________

Kolejny tydzień później…

No i zaczęło się… Z czego toto jest zrobione? Chyba z legendarnej jakości ruskiego gównolitu. Takie badziewne blachy w kraju w którym wyprodukowano więcej czołgów niż samochodów… Powtarzalność elementów blacharskich? No cóż – zależy jak tam się w fabryce ucięło i jaki odpad z fabryki konserw akurat był pod ręką. Symetria pojazdu? Nawet jeśli takowa fabrycznie była, to po pierwszej przejażdżce musiała się nieco zmienić. Albo autko fabrycznie krzywe było.

Kwintesencja sowieckiej bylejakości…

Ponieważ ze skarbnicy wiedzy jaką jest forum4x4 dowiedziałem się, że drobne rzeczy można spróbować wypiaskować we własnym zakresie używając ręcznych pistoletów do piaskowania postanowiłem spróbować takowego wynalazku. Znalazłem odpowiedni model na allegro, przyszedł dwa dni później. Wcześniej zapoznałem się ze specyfikacją i wyszło mi na to, że sprężarka, którą dysponuję mieści się w parametrach operacyjnych aczkolwiek przydałby się większy margines. Nic to jednak. Pod ręką żadnego ścierniwa znośnego nie miałem, a próbę zrobić musiałem koniecznie. Zorganizowałem sobie więc wiaderko suchego piasku rzecznego. Przesiałem go na drobnym sicie co to je teściowej z kuchni podprowadziłem, zasypałem do zbiornika, pistolet podpiąłem do sprężarki, sprężarkę do sieci 230V, ciśnienia dobiłem i ognia!! ): Ostrzał prowadziłem zza drzwi a celem był moskwicz oparty o ścianę kanciapy na podwórku – tak więc siłą rzeczy był on niezbyt celny. Powodem tego był kompletny brak jakiejkolwiek odzieży ochronnej, niemniej jednak tam gdzie piasek doszedł farba poddawała się bez walki. Rdza nieco gorzej, ale gdyby zdzierać ją wolno raz przy razie to efekt byłby zadowalający. Następnego dnia było wesoło… Zakupiłem sobie biały fizelinowy kombinezon z kapturem, gogle i maskę przeciwpyłową. Do tego dwa worki piasku kwarcowego. Gdy wyszedłem na podwórko, to teściu podsumował to jednym zdaniem: chyba to wdzianko masz z Fokuszimy. Psy nie były już tak dowcipne – mało brakowało a miałbym pokąsane łydki Doszliśmy w końcu jakoś do porozumienia. Moskwicz poszedł out z kanciapy, piasek załadowany, luft nabity, gogle na oczy, kaptur na głowę – pojechali. I jest dokładnie tak jak już wczoraj to stwierdziłem: farba schodzi migiem, nad korozją trzeba popracować. Ze smutkiem muszę przyznać, że na płaskich powierzchniach szczotka z włókniny na wiertarce sprawuje się o niebo lepiej. Trochę popiaskowałem – bardziej dla wprawy niż z konieczności.

_____________________________________________________________________________________________________

Trzeci tydzień remontu…

wzmocnienie maski

Maska – kuracja wzmacniająca.

Nadkole prawe - wzmocnienie.

Nadkole prawe – wzmocnienie.

Nadkole lewe - wzmocnienie.

Nadkole lewe – wzmocnienie.

Panel dolny - ruda szaleje.

Panel dolny – ruda szaleje.

Panel przedni.

Panel przedni.

Coś tam się pospawało...

Coś tam się pospawało…

 Jak postanowiłem tak zrobiłem – zacząłem sukcesywnie wycinać, łatać i czyścić poszczególne panele. Na pierwszy ogień poszedł panel czołowy – zgnił w nim całkiem dół, trzeba było wyciąć próchno w wspawać nowy pasek blachy. Potem odciąłem blachę usztywniającą dół układu kierowniczego – też przyda jej się kuracja wzmacniająca – ale to później. Zająłem się nadkolami w ich dolnej części – ruda szalała aż niemiło skutkiem czego lewe nadkole zdeformowało się. Postanowiłem więc dać nakładkę łapaną dołem i górą do zdrowej blachy. Dół nakładki wyprofilowałem stosownie do oryginalnego kształtu. Podobną łatę wstawiłem na prawym nadkolu. A łaty zostały wykonane z nie byle jakiego materiału, ale z oryginalnej szwedzkiej blachodachówki 🙂 Żmudna robota – cięcie, spawanie, szlifowanie… Efekt wizualny – jak to po spawaniu, czyli taki sobie.  Do poprawionych nadkoli pospawałem zwrotnice – wcześniej ktoś ratował je przy pomocy śrubek. Wzmocniłem maskę wykorzystując dwa odpowiednio wyprofilowane płaskowniki grubości około 3mm. Wygrzebałem je ze złomu gdzie spokojnie czekały na wywózkę. No cóż – posłużą jeszcze. Powierciłem w nich otwory i przyspawałem do „maski” od środka spoiną otworową.

Przy okazji wyszło, że masakra jest też z tyłu autka – podłużnice do których mocowane jest siedzenie i tylna oś wzięły się i zwichrowały (za słaby materiał) – czyli też trzeba je będzie zdemontować, poprawić, powzmacniać i abarot wstawić z powrotem.

Zdemontowany panel dolny mający za zadanie niedopuszczenie do rozjechania się zwrotnic oraz stanowiący podparcie układu kierowniczego był w bardzo złym stanie. Blacha miejscami miała grubość papieru, a szalejąca rdza dobrze nie wróżyła.  I tym razem w użyciu były wszystkie moje ulubione zabawki: miejsca osłabione zostały wycięte, łaty wspawane a fabryczne wzmocnienie, które nie było w stanie wzmocnić czegokolwiek zostało zastąpione płaskownikiem takim samym jak ten wspawany pod maską. Przy okazji odkryłem pochodzenie tego materiału – służył on kiedyś jako ogranicznik przy otwieraniu okna 🙂 No cóż… nic się nie powinno marnować.  Po dokonaniu wszystkich tych gierojskich czynów doszedłem do wniosku, że po wypiaskowaniu zacynuję miejsca naprawy jak pan Bozia przykazał… Wygląd będzie toto miało miało przynajmniej o zgodności ze sztuką nie wspomnę. Jest tylko mały problem – wcześniej nigdy nie cynowałem : /

Ale i tak będzie dobrze 🙂

_____________________________________________________________________________________________________

Czwarty tydzień remontu…

Wyciąłem jednak te podłużnice z autka. Nie szło inaczej. Zanim jednak je wyciąłem to powierciłem otwory, które pozwolą potem na ustawienie podłużnic w tym samym miejscu co były względem reszty nadwozia i precyzyjne wspawanie ich.

Sama reanimacja podłużnic była dość kłopotliwa – nie dość, że wyprostować trzeba było to łajno to jeszcze doszła konieczność wydumania jakiegoś sposobu usztywnienia ich tylnych wiotkich części. W tym przypadku wystarczyło wspawanie w odpowiednie miejsca trzech kawałków blachy.

Udało się też je wypiaskować – pistolet podłączony do zakładowej sieci sprężonego powietrza w zaprzyjaźnionej firmie zrobił dobrą robotę. Mogłaby być jeszcze lepsza gdyby ścierniwo było grubsze.

_____________________________________________________________________________________________________

 Szósty tydzień remontu…

Ogarnąłem temat tylnych mocowań podłużnic. Oryginalnie dogrzane są do tylnego dolnego panelu (wiotka blacha 0,7mm), przez co w trakcie eksploatacji wszystko się pięknie wygina, wichruje, pęka i rozłazi w szwach. Usztywniłem toto łącząc w jedną całość tylną belkę i usztywnienia „klapy” bagażnika. Inaczej się nie dało.

Próbowałem też swoich sił w cynowaniu. Uzbrojony w palnik, cynę i całą masę różnych topników próbowałem powypełniać dziury w łączeniach blach. Efekt był niewspółmierny do nakładów, albo robiłem coś nie tak. Koniec końców – darowałem sobie cynowanie. Może ruska stal cyny po prostu nie lubi.

 W zasadzie w tym momencie zabrakło mi czegoś jeszcze – mianowicie chęci. Częściowo pospawane padło trafiło w najciemniejszy kąt kanciapy, ale i tak przy każdej okazji lazło w oczy niczym blaszany wyrzut sumienia. A i córka od czasu do czasu dopytywała się co z jej samochodem. Zbywałem ją jakoś, nauczyłem się nie patrzeć w ten kąt i jakoś funkcjonowałem 🙂 Zająłem się reanimacją Junaka – coś tam nawet udało się podgonić z robotą. Moskwicz trafił do „zamrażarki”. I tak leżał…

_____________________________________________________________________________________________________

Tutaj minęło sporo czasu… Panta rhei –  wszystko w  płynie jak to mawiał Ferdek Kiepski  🙂

_____________________________________________________________________________________________________ Moskwicz – Reaktywacja : )

Zwłoki vol. 1

Zwłoki vol. 1

Zwłoki vol. 2

Zwłoki vol. 2

Zwłoki vol. 3

Zwłoki vol. 3

I od nowa Polsko Ludowa...

I od nowa Polsko Ludowa…

Pod koniec sierpnia 2012 roku w ramach walki z ciasnota w kanciapie wywlokłem z niej zwłoki Moskwicza. Od razu zrobiło się luźniej. Niestety – długi pobyt w kanciapie dla niezabezpieczonej ruskiej blachy okazał się dość brzemienny w skutkach. To co było wypiaskowane i oczyszczone znowu zardzewiało. Moskwicz trafił więc znów do bagażnika osranego focusa – a za jego pośrednictwem na ulicę Instalatorów 9 w Warszawie, gdzie go w końcu porządnie wypiaskowano. O dziwo – trochę blachy na nim zostało. Odebrałem go następnego dnia wieczorem – podobno jak tak leżał w oczekiwaniu na swoją kolejkę było kilka osób zainteresowanych odkupieniem w stanie w takim w jakim jest. Kolejny dzień to walka od samego rana: wspawany został panel przedni, oddzielony wcześniej od reszty. Robota to była straszna, bo nic nie chciało pasować a ruska stal nie bardzo chciała się spawać. W końcu jednak udało się toto ustawić i połapać jak należy, niestety niewielkich skrzywień wywołanych zmęczeniem materiału nie dało się uniknąć. Nie są one w sumie aż tak widoczne. Ogólnie rzecz biorąc cała ta konstrukcja jest… szkoda gadać jaka jest… Reszta dnia to malowanie. Podkład epoksydowy grubopowłokowy poszedł do środka i na zewnątrz. Zostają przygotowania do lakierowania. Czyli bliżej trochę końca.

_____________________________________________________________________________________________________

Trzeci tydzień po reaktywacji…

Fale Dunaju...

Fale Dunaju…

Zrobiony na szaro :)

Zrobiony na szaro 🙂

Kolor góra

Kolor góra

Góra i dół

Góra i dół

Ogarniamy skorupę :)

Ogarniamy skorupę 🙂

Szpachla, papier, szpachla papier, szpachla…. ziarno, kupa, ziarno, kupa…

Nienawidzę prac szpachlarsko – lakierniczych…

Masakra… Dżizas…

Wyprowadziłem na w miarę prostą „maskę” i „klapę bagażnika”. Fale Dunaju to pikuś przy tym co się dzieje na tej blasze. Ciekawe jak to po podkładzie wyjdzie. Coś czuję, że poprawka będzie konieczna. Skończyłem „maskę” i „bagażnik” więc pora się przenieść na boki autka. Szlifowanie podkładu epoksydowego to zajęcie dla gościa co ma żelazne nerwy i mnóstwo cierpliwości. Ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Dodatkowo nie chciało mi się zaklejać i szlifować tych wszystkich nierówności w błotnikach i poszyciu bocznym… Ale jakoś wyrównać to trzeba było. Tak więc po krótkim zastanowieniu zakupiłem w sklepie szpachlę natryskową, którą to obrzuciłem moskwicza dookoła – łącznie z tym co było wyszpachlowane wcześniej. W karcie technicznej produktu doczytałem, że schnie toto minimum 2 godziny. No cóż – i tak było po północy więc zebrałem się na chatę. Następnego dnia papier w garść i jedziemy ze szlifowaniem – i tu zaskoczenie – obrabia się toto zacnie i daje gładką powierzchnię.

Dobry humor psują mi pewne istotne braki, jakie mam w autku. Brak ozdobnego panelu przedniego i świateł wpływa jednak na estetykę pojazdu. No cóż – na allegro gratów tych nie widziałem więc w sklepie rowerowym zakupiłem temu moskwiczu dwa nowe zastępcze światła przednie. Pasują prawie idealnie, z osadzeniem trzeba będzie pokombinować.

I tak niepostrzeżenie nastał ten dzień gdy autko zostało pomalowane podkładem. Pomimo usilnych starań nie udało mi się narobić zacieków. Maski i bagażnika nie udało się wyprowadzić idealnie na gładko – widać, że blachy miały za sobą długą i ciężką historię. I w sumie to pies z nimi tańcował – w końcu to sowiecka technologia, źle by było gdyby było za ładnie. Zresztą podejrzewam, że przyszli użytkownicy szybko zweryfikują stan powłok lakierniczych i jakość blacharki.

 Chodzi mi po głowie pomysł na malowanie dwukolorowe. Góra powiedzmy kość słoniowa, dół czerwony. W sumie to długo się nie zastanawiałem 🙂 dobrałem kolory zbliżone do tego co chciałem i pomalowałem: górę na jasno, dół na ciemno. Zdjęcie z prac zamieściłem na forum4x4…

 Oto reakcja jaka nastąpiła potem 🙂

„fatalita, disastra i cosmarul.
o karwa…
jasne za ciemne a ciemne za śliwkowe.
delikatny krem miał być i bardzo ciemna wiśnia. wyszło jak wyszło…uśrednione do różowego”

Kurna chata… ostrzegałem, że efekt jest taki dyskusyjny dość 🙂

_____________________________________________________________________________________________________

Czwarty tydzień po reaktywacji.

Cholera – czego oni się czepiają tego zestawienia kolorystycznego? Góra faktycznie mogłaby by być nieco jaśniejsza, bo dół jest OK. Zdjęcie po prostu przekłamuje kolory – taka jest moja wersja i w zupełności się z nią zgadzam. Co więcej – popieram nawet 🙂

spinki

Spinki – kopia i oryginał.

Malowanie karoserii w sumie zakończyłem, więc trzeba by zacząć uzbrajać autko w te wszystkie niezbędne dodatki jak chociażby listwy boczne czy zderzaki. Z listwami jest o tyle niefajnie, że zniszczeniu uległy oryginalne spinki mocujące.  Trzeba było pokombinować i dorobić komplet nowych. Po założeniu listew utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że dobór kolorów był właściwy: czarna szeroka gumowa listwa z aluminiową wkładką w środku doskonale zamaskowała miejsce zmiany koloru i sprawiła, że dół wydaje się ciemniejszy a góra jaśniejsza – takie złudzenie optyczne. I o to chodzi. Nadwozie otrzymało także zderzaki, tablicę rejestracyjną oraz deskę rozdzielczą. Udało się naprawić pękniętą kierownicę. Niestety – okazało się, że jedno jedyne oryginalne tylne światełko odblaskowe gdzieś wcięło i pomimo poszukiwań do chwili obecnej nie znalazło się 🙁

Równocześnie prowadziłem wojną na drugim froncie: kółeczka przednie. Miały one mocno pordzewiałe felgi – potraktowałem je mechanicznie dremelem poprawiłem chemicznie fertanem a po pracowitym oklejeniu opon pomalowałem na taki sam kolor jak góra nadwozia.

_____________________________________________________________________________________________________

Któryś tam tydzień po reaktywacji… i cholernie daleko od początku całego zajścia…

Światełko tylne - oryginał

Światełko tylne – oryginał

Kółka tylne przed malowaniem.

Kółka tylne przed malowaniem.

Cud się stał, gdyż zagubiony i odżałowany element odblaskowy (czyli światełko tylne) odnalazł się. Stało się to impulsem do podjęcia na nowo ograniczonych do minimum z powodu zimna prac. W zasadzie nic nie stało na przeszkodzie aby poskładać wszystko w jeżdżącą całość a drobiazgi pozostawić na później… Od czasu ostatniego wpisu na polu walki z radziecką techniką dokonałem następujących bohaterskich czynów:

  • oczyściłem i pomalowałem kółeczka tylne. Dremel… papier ścierny… fertan… podkład… lakier.
  • oczyściłem i pospawałem pedały… niestety oryginalne zgrzewy nie wytrzymały próby czasu i deptania. Dostały więc spawu „na bogato”.
  • doprowadziłem do kultury łożyskowanie kółek tylnych… te radzieckie patenty…
  • ranty blach wykleiłem współczesną plastikową „uszczelką” przeznaczoną do tego celu. Jakoś nie widzę zastosowania tam oryginalnych topornych gumowo – metalowych elementów. Efekt jest fajny.
  • trzykrotnie usiłowałem odbudować brakujący przedni panel… Za każdym razem efekt był taki… że lepiej nie mówić. W końcu zniechęcony do dalszych działań odpuściłem sobie.

Nadszedł w końcu 23 marzec 2013… Zima była długa tego roku…

Stanowisko montażowe.

Stanowisko montażowe.

bolid

Bolid 🙂

Wczesnym popołudniem udałem się do garażu skąd przyniosłem do domu moskwicza ze zmontowanym na gotowo układem kierowniczym wraz z kołami. Ciężkie toto… Zza biurka wyciągnąłem układ napędowy. Z regału ściągnąłem koła tylne… Przygotowałem niezbędne narzędzia. Montaż poszedł błyskawicznie, dzielnie pomagał mi w tym synek. Moskwicz w końcu znów stanął na własnych kołach. No cóż… autko miało być dla córki, ale jakoś czarno to widzę. W każdym bądź razie testdrajwerem koniecznie chciał zostać młody. Problem był jeden – brak fotela. Udałem się znów w czeluście bezdenne garażu skąd wygrzebałem ten niezbędny detal. Po odszczurzeniu w wannie nadawał się on do montażu. Niestety… okazało się, że spieprzyłem robotę i podłużnice są względem siebie o 4mm za blisko, przez co fotela wcisnąć nijak się nie da. Właściwie przeszkadzały tylko górne ranty podłużnic, bo między nie wchodził fotel. Ech… durak… Nie było innego wyjścia jak tylko przy użyciu młotka i kawałka twardego drewna dokonać niezbędnej przeróbki blacharskiej. Operacja zakończyła się sukcesem i fotel trafił na swoje miejsce. Testdrajwer w tym czasie już przebierał nogami nie mogąc się doczekać jazdy. Gdy już w końcu zasiadł w kokpicie okazało się, że nie jest w stanie sięgnąć nóżkami do pedałów… Tak więc pierwsza jazda wyglądała jak u jaskiniowców – jabadabaduuuu !! 🙂 Ale ile radości w tym było 🙂 Córka poradziła sobie lepiej – przejechała kawałek po korytarzu.

Oczywiście doprowadzenie do stanu jezdnego nie oznacza końca prac. Braki są niestety. Mam jedną oryginalną gumową nakładkę na pedał… drugą wcięło. I teraz rozterka mnie gnębi – szukać drugiej przez hektar czasu, dorobić drugą i mieć dwie różne czy dorobić dwie nowe a oryginał na półkę odłożyć. To samo z tylnym światełkiem i kołpakami kół… wszystkiego po pół. Panelu przedniego też nie mam… Aktualnie jestem w trakcie czwartej próby wystrugania tego z blachy – udało się nawet poczynić postępy. Postępy są dość znaczne, a dotychczasowy efekt – jak dla mnie bardziej niż zadowalający.

panel1

Panel przed spawaniem

panel2

Panel po spawaniu

Zastosowałem blachę ocynkowaną, poszczególne elementy początkowo lutowałem, ale niespecjalnie to szło. W końcu połapałem toto punktowo migomatem z zamiarem wypełnienia pozostałości cyną. Po namyśle pojechałem spawem takim bardziej ciągłym. Oczywiście będzie sporo szlifowania i dopieszczania – ale to już pikuś.  Na tylne światełka znalazłem ciekawy materiał: tylne światła od dużego fiata. Są one na tyle zniszczone, że nie będzie żal pociąć. Przydałoby się też szybę oryginalną gdzieś dorwać. Widziałem nawet jedną na allegro ale nie udało się jej ustrzelić.

_____________________________________________________________________________________________________

Maj 2013…

majowy

Maj 2013

Z okazji święta ludzi pracy pasowałoby wyjechać bolidem na jedyną we wsi drogę. Niestety warunki pogodowe nie pozwalały. No cóż – moskwicz na dzień dzisiejszy wygląda jak na załączonym obrazku. Panel przedni jest zrobiony, światełka zamontowane, instalacja elektryczna zrobiona. Do budowy panela użyte zostały – oprócz blachy ocynkowanej także popularne elementy agrotuningowe dostępne w sklepie motoryzacyjnym. Oryginalny odpuściłem sobie… może kiedyś. Prace można w 99 procentach uznać za zakończone, grubszej roboty już tam raczej nie będzie… No chyba, że testdrajwer zechce dachowanie uskutecznić 🙂

_____________________________________________________________________________________________________

Czerwiec 2013…

Od ostatniego wejścia wydarzyło się przy moskwiczu kilka dość istotnych spraw.

Przede wszystkim otrzymał on nówkę sztukę przednią szybę wykonaną z pleksi grubości 5mm. Szybę tę namierzyłem kiedyś na allegro i bezskutecznie usiłowałem kupić. I pewnie odpuściłbym temat gdyby nie to, że szyba kilka dni później znów pojawiła się na allegro. Zdjęcie to samo, opis ten sam… Zainteresowałem się tematem – w końcu mało prawdopodobne aby ktoś wyprzedawał zapas szyb do moskwicza na pedały zgromadzony za nieboszczki komuny… Okazało się, że facet dorabia te szyby według wzoru i od czasu do czasu wystawia na aukcję. Moskwicze zrobiły się modne, a w większości brakuje właśnie szyb – to tak jak i u mnie. Szybko doszliśmy do porozumienia i kilka dni później dostałem przesyłkę. Powiem tylko tyle: szybka wykonana porządnie, bez zarysowań i ostrych krawędzi – wszystko zrobione starannie. Jedyny minus jaki w pierwszej chwili dostrzegłem to to, że w szybie były nawiercone otwory pod oryginalne mocowania – przez szybę przechodziła wygięta śruba, która przechodziła również przez poszycie „maski” i od spodu łapana była nakrętką. W moim moskwiczu w otwory w poszyciu „maski” wstawiłem nitonakrętki z gwintem M5, przez co zastosowanie oryginalnego mocowania nie miało racji bytu. Zamiast niego zastosowałem własnego pomysłu mocowania dorobione z aluminiowego kątownika. Działają i wyglądają jak trzeba.

Kolejną – w sumie kosmetyczną sprawą było uzupełnienie dorobionego panelu przedniego o jakiś sensowny znaczek. Co prawda Czesław z forum4x4.pl przebąkiwał coś o posiadanym znaczku z rumuńskiego bolidu Dacia 1300, niemniej jednak zdecydowałem się na coś innego. Czyli zrobiłem coś własnego 🙂 A było tak: w ramach obowiązków służbowych robiłem jakiś pomiar przy drodze takiej bardziej wojewódzkiej. W rowie natknąłem się na resztki słupka hektometrowego, z których to po zastanowieniu pozyskałem scyzorykiem elementy odblaskowe – białe i czerwone. I z tych właśnie „elementów przydrożnych” spłodziłem coś na kształt tarczy w kolorach narodowych 🙂 tylko dopiero potem naszła mnie refleksja: a czemu te kolory takie odwrócone są? I co poeta miał na myśli? Nieważne – ważne, że wygląd jakiś ma.

Po przyklejeniu znaczka na panel pochyliłem się z troską nad pedałami. Jeden miał oryginalną nakładkę gumową, a drugi nie. Po namyśle odłożyłem ją na półkę, u szewca zakupiłem kawałek stosownej gumy i z niej dorobiłem nakładki. I tak pewnie zostanie, chyba że znajdę drugą oryginalną.

IMG_1966

Pomiary

IMG_1967

Szkic CAD

IMG_1968

Model 3D

IMG_1969

Forma

IMG_1970

Zamocowana blacha

IMG_1971

Kopia i oryginał

W zasadzie wtedy pomyślałem już o zakończeniu projektu w stanie takim jakim jest, ale… Dekielki do kół… kurcze.. Nie ma dekielków… Bez dekielków nie ma wyglądu. Znaczy są dwa, ale to o dwa za mało. Koledzy z forum4x4.pl sugerowali allegro, na którym to właśnie pojawiło się pojedyncze kółko z fragmentem zwrotnicy i dekielkiem. Ale po cholerę mi to kółko i fragment zwrotnicy, skoro ja tylko dekielka potrzebuję. A w zasadzie dwóch. Sugerowano też wydruk na drukarce 3D – jeden z kolegów z forum4x4.pl ma takowe urządzenie i zgodził się po kosztach wydrukować dekielki, pod warunkiem, że dostanie gotowy model 3D. No i tu problem był niejaki, gdyż ja tego zrobić nie potrafię. Rozwiązanie problemu objawiło się w osobie mojego szwagra – właściciela firmy produkującej różne fajne rzeczy przy użyciu różnych fajnych obrabiarek. Pogadaliśmy chwilę i szwagier stwierdził, że dorobienie takowych dekielków nie jest sprawą tak trudną jakby się zdawało. I to nie z tworzywa na drukarce ale z metalu na tokarce metodą wyoblania. O wyoblaniu wiedziałem tylko tyle, co w technikum przeczytałem w „poradniku mechanika”. Nie wiem czy szwagier wiedział więcej – niemniej jednak zdecydował się spróbować. Na pierwszy ogień poszedł oryginalny dekielek. Trafił biedaczek na maszynę pomiarową, gdzie zdjęto z niego wymiary. Na ich podstawie stworzony został trójwymiarowy model wewnętrznej powierzchni dekielka. Z kolei na podstawie owego modelu wykonano formę – kopyto do zamocowania w uchwycie zwykłej tokarki. Dalej to już teoretycznie z górki – krążek odpowiedniej blachy dociśnięty konikiem do formy, odpowiednie obroty, smarowanie i brak pośpiechu. Pierwsza sztuka już jest zamontowana na aucie, reszta musi poczekać. Technologia w sumie jest opanowana, w razie potrzeby będzie można wykonać tego więcej.

I na koniec coś z takich bardziej cudów… Otóż udało mi się nabyć na allegro tylne moskwiczowe światełko sztuk jeden. Kolorem niestety różni się od tego posiadanego przeze mnie – jest dużo jaśniejsze, ale przynajmniej oryginalne. Przesyłka powinna dojść lada dzień.

_____________________________________________________________________________________________________

Sierpień 2013…

Na allegro udało mi się nabyć drugie światełko. Kolor ma pomarańczowy – czyli będę miał komplet w jednym kolorze.

Dekielki nadal sie robią… w zasadzie brakuje mi tylko jednego.

Próbowałem naprawić zepsuty klakson – tutaj niestety sowiecka technologia przerosła mnie. Urządzenie do wytwarzania ciśnienia powietrza miało złożoną budowę plastikowo-metalowo-tekturową. Przy czym plastikowy był swego rodzaju cylinder, metalowa sprężyna i tekturowy tłok w gumowej koszulce sprzężony z piszczałką. W praktyce okazało się, że piszczałka jest do bani, tłok też do bani – bo sparciała w nim gumka. Pomimo dorobienia tłoka z tworzywa sztucznego i zastosowaniu współczesnej piszczałki klakson działać nie chce. I pies go ganiał – trzeba będzie pod oryginalną obudowę wstawic coś bardziej współczesnego.

I w zasadzie to będzie koniec opowieści z Moskwiczem w tle.

Ale…

Mam już kolejny pomysł 🙂

_____________________________________________________________________________________________________

Grudzień 2013 – mały suplement.

Nie tak dawno na forum4x4 uznałem moskwicza za zamknięty projekt. Myliłem się jednak 🙂 A to oznacza suplement.

Moskwicz – jak juz wcześniej wspominałem ma światła przeflancowane żywcem z roweru. Oznacza to, że w środku siedzą dość pokaźne żarówki o dość dużym apetycie na prąd. Przekonałem się o tym jak młody zostawił auto na światłach i nówkę sztukę płaską baterię szlag trafił dość szybko. Zapadła wiec decyzja, aby tradycyjne żarówki zastąpić czymś świecącym podobnie, ale oszczędniejszym. Początkowo kombinowałem aby zakupić gotowe diodowe zamienniki żarówek – na zasadzie p&p (plug and play), ale facet w sklepie elektronicznym stwierdził, że to drogość jest nieuzasadniona i zamiast tego zaproponował mi dużą diodę i opornik do niej – czyli coś na zasadzie p&u&p&p (przypasuj and utnij and polutuj and poskładaj). Dało się toto ogarnąć i moskwicz świeci swoimi energooszczędnymi reflektorami.

Światła włączone

Światła włączone

Autko w pełnej gali :)

Autko w pełnej gali 🙂

Bardzo miłą niespodziankę na tegoroczne święta Bożego Narodzenia sprawił mi św. Mikołaj w osobie mojego szwagra. Po prostu przyniósł brakujące dekielki. Montaż – pomimo późnych godzin nocnych został wykonany sprawnie. Mogę w tej chwili śmiało powiedzieć, że autku nie brakuje nic. No – i to by było na tyle 🙂



47 komentarzy do “Opowieść z Moskwiczem w tle”

  1. Hubert napisał(a):

    Witam,
    opis REWELACYJNY, poprawiłem sobie humor czytając ten tekst,
    sam jestem właśnie na etapie restaurowania takiego autka więc miło wiedzieć ,że nie jestem sam,
    Ja jestem na etapie usuwania starego lakieru… więc jeszcze trochę pracy.

    Pozdrawiam

  2. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Nie sądziłem, że ktoś to przeczyta.
    Dziękuję za komentarz, w razie jakichkolwiek pytań mój mail leonzet(at)op.pl

  3. Jacek napisał(a):

    Super efekt i mnóstwo widać zaangażowania 🙂 Naprawdę kupa doskonałej roboty. Sam szukam dla mojego synka takiego Moskwicza z faktu że sam takiego miałem, ale niestety ciężko cokolwiek znaleźć.

    Jeszczę raz chylę czoła.

  4. Rafał Hyrycz napisał(a):

    A dziękuję.
    Kto by pomyślał, że z biegiem czasu autka te staną się aż tak poszukiwane.
    Zwykle jak coś się trafia to zgliszcza totalne za zylion albo stan kolekcjonerski – też za zylion – oczywiście w stosunku do rzeczywistej wartości.
    A ostatnio znalazłem jednego w moim rodzinnym mieście powiatowym – robi za rabatkę w przydomowym ogródku. Raczej nie do kupienia.

  5. Jacek napisał(a):

    Wydaje mi się że popularność tego autka wiąże się przede wszystkim z tym że jak ma się dzieci chce się im pokazać czym my się bawiliśmy, przynajmniej ja tak mam. Zgadzam się że ceny takich samochodzików są astronomiczne, nie takie jak ferrari bimboracer, ale moim zdaniem i tak są za wysokie. Sam nawet myślałem nad zrobieniem takiego auta od podstaw, zajmuję się projektowaniem w auto-cadzie, mam dostęp do obrabiarek cnc, laserów, frezarek jak równiez bez problemu z plexi bym pozaginał szyby, ale niestety nie ma tez nigdzie planów tego moskwicza.

  6. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Też myślałem o budowie repliki.
    Mechanicznie jest to prościzna, blacharsko robi się pod górkę, zwłaszcza że jest kilka miejsc gdzie ruskie nakombinowali się dość mocno a niepotrzebnie.
    Ale gdyby odtworzyć ogólny kształt nadwozia z laminatów i posadowić je na niezależnym sztywnym podwoziu to miałoby to szansę działać, przy zachowaniu klasycznego wyglądu.
    Kiedyś miałem taką możliwość – dzięki uprzejmości pewnej firmy – aby na podstawie zdjęć wykonanych z odpowiednią rozdzielczością otrzymać trójwymiarowy model wektorowy. W zasadzie to rozwiązywałoby problem wymiarów i planów.

  7. Jacek napisał(a):

    Dokładnie taki model by wiele pomógł, wydaje mi się że gdyby zacząć wytwarzać takie autka to na pewno byłby na nie zbyt, o ile oczywiście odrobinę unowocześniłoby się konstrukcję i choć odrobinę zmienić linię nadwozia. Tak przynajmniej ja myślę, bo prawdę powiedziawszy teraz jest straszny chłam jeśli chodzi o takie samochodziki.

  8. Rafał Hyrycz napisał(a):

    No to zobaczymy co da się zrobic…
    Jutro rano skontaktuję się z osobą, która – być może podejmie się wykonania takiego modelu.
    To może być ciekawsze niż odbudowa tego starucha 🙂

  9. Jacek napisał(a):

    A czy mógłbym Cię poprosić o zrobienie zdjęć z boku, tyłu i przodu? chciałbym zrobić rysunek techniczny i samemu coś na tej podstawie wymyślić, oczwiście gdybyś nie widział w tym żadnego problemu kolego.
    Co do tego ze wytworzenie takiego nowego auta jest o wiele ciekawsze od odbudowy ponieważ daje możliwość popuszczenia wodzy fantazji 🙂 a wiadomo że my z naszą ułańską fantazją potrafimy czynić cuda 😀

  10. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Oczywiście.

  11. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Podaj mi proszę maila. Zdjęcia mam zrobione. Myślę, że wystarczą one do odtworzenia kształtu nadwozia. Wymiarów również, ale w tym celu musiałbym jeszce zmierzyć jakis charakterystyczny wymiar na kazdym zdjęciu – do zeskalowania.

  12. jacek napisał(a):

    Mój mail to sonyer@wp.pl. Bardzo serdecznie Ci dziękuję za okazaną pomoc 🙂

  13. vts napisał(a):

    Cześć.

    Z uwagą czytałem, oglądałem zdjęcia i pewno jeszcze wrócę. Mój, sprzed ponad 30 lat, w dobrej kondycji, czeka na mojego synka u rodziców w piwnicy 🙂 Z tym, że właśnie dowiedziałem się, że kierownica uległa spękaniu… i też myślałem o drukarce 3d – ale nie mam dostępu…

  14. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Kwestia wykonania modelu 3D. No i pytanie czy dana drukarka może taki detal – mam tu na myśli wielkość – wydrukować. Bo to jest w zasadzie jedynym ograniczeniem.
    Kierownica mocno spękana jest?
    U siebie jedno pęknięcie koła między szprychami ogarnąłem przy pomocy wiertarki i odpowiednio długiego wkręta.

  15. qwertycjusz napisał(a):

    super sprawa – nic dodać nic ująć tylko gratulować!

  16. Patryk napisał(a):

    Witam. Gdzie kupił pan tę plęksę (szybkę przednią)? Mogę prosić o namiary na tego pana co je wytwarza? Ile pan za nią zapłacił? 🙂

    Proszę o odpowiedź

    Pozdrawiam

  17. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Poproszę o kontakt na leonzet(at)op(dot)pl

  18. Patryk napisał(a):

    Odezwałem się na mailu 🙂

  19. Andrzej napisał(a):

    Rewelacja. Gratuluję zdolności. Właśnie wziąłem się za podobny projekt.
    Nie piaskuję, bo mam przewidziany niewielki budżet więc będzie pożądne czyszczenie miejsc korozyjnych i podkład aktywny.
    W każdym razie podziwiam i chciałbym aby choć w 80% mi tak wyszło. Pozdrawiam.

  20. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Piaskowanie drogie nie jest – przynajmniej w kontekście całości kosztów. Płaciłem bodajże 100 zł za całość, przy czym była to cena „warszawska”. Co do piaskowania to jedna uwaga: warto fachmanowi zwrócić uwagę na to, że blacha jest cienka, więc musi tak pokombinować z ciśnieniem i doborem ścierniwa aby nie na robić na blasze fal Dunaju, bo wyprowadzenie tego potem to marna robota jest.

  21. Kowal napisał(a):

    Super sprawa taka zabaweczka ale już dłuższy czas dręczy mnie myśl w co ruskie to cudo pakowali??? Czy to był jakiś karton? A jak tak to jak wyglądał? Wie ktoś może? Pewnie zdobycie oryginalnego opakowania graniczy z cudem ale to by było coś.

  22. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Tego niestety nie wiem.

  23. Kowal napisał(a):

    Zainspirowany Pana opowieścią też postanowiłem odrestaurować takie cudo (tak aby spełnić marzenie z dzieciństwa). Kupiłem kiedyś w miarę dobrym stanie takie autko na allegro. Blacharka ok. Kilka poprawek, troszkę szpachli, nowy lakier i leży w piwnicy w oczekiwaniu na inne części. Dziś udałem się do miasteczka oddalonego o 60km od mojego aby kupić drugiego. Autko troszkę zdezelowane ale chodziło mi głównie o przednią atrapę z lampami. Jak wróciłem postanowiłem zabrać na wycieczkę mojego 3letniego synka. Zaczepiliśmy sznurek i w drogę. I tu moje zdziwieni. Moskwicz co prawda ma wszystko sprawne lecz jest poobijany, powgniatany, pordzewiały i ma liczne braki ale nie było chłopczyka który by się za nim nie obejrzał. Słyszałem jak mówili do swoich rodziców „ale fajny samochodzik” „taki by się nam przydał” itp. Nie sądziłem że zabawka wzbudzi takie zainteresowanie u dzieci które bawią się transformens. Naprawdę zaszokowała mnie reakcja tych dzieci. Do tej pory myślałem że tylko naszemu pokoleniu serce mocniej bije na widok moskwicza który kiedyś był obiektem pożądania. Przecież dziś jest tyle aut na akumulator z wszystkimi bajerami.To autko chyba naprawdę ma duszę 🙂

  24. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Autko z duszą… jakby nie patrzeć 🙂
    W zalewie plastiku wyróżnia się bardzo wyraźnie.

  25. Chris napisał(a):

    Cześć!
    Mam pytanko o demontaż kierownicy. Jak można uwolnić układ kierowniczy? Trzeba rozwiercić nita tuż przy kierownicy, czy da się od dołu rozłączyć cały drążek od układu (skręcony na taką długą śrubę)?
    Mam z tym problem, bo śruba chyba po coś jest, a jakoś drążek nie chce się oddzielić od mechanizmu. 🙂

    Pozdrawiam!

  26. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Nita nie trzeba ruszać. Należy poluzować od dołu tą śrubę motylkową i puknąć w nią przez jakieś drewno. W rurze kierownicy jest rodzaj stożka, który klinuje się przy dokręcaniu śruby. Połączenie może być nieco zrośnięte korozją, więc pasowałoby jakimś WD40 popryskać.

  27. Przemek napisał(a):

    Witam,

    z dużym zaciekawieniem przeczytałem Pana relację. Dostałem takiego Moskwicza ale jego stan jest daleki od ideału. Dużym problemem jest brak atrapy, deski rozdzielczej oraz tylnych świateł. O ile dwa pierwsze braki są jeszcze do dostania bądź do dorobienia o tyle frustrująca jest permanentna nieobecność tylnych światełek. Te które są to jakaś tandeta zrobiona z uciętych świateł normalnego samochodu. Może słyszał Pan o jakimś sposobie na dorobienie takich lamp?

  28. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Na allegro czasem pojawiają się takie światełka po 30-40zł. Zwykle szybko znikają – więc refleks wskazany. Jeśli byłby Pan zainteresowany to mam jedno oryginalne światełko w kolorze czerwonym. Miałem na aukcję wystawić, ale myślę, że się dogadamy bez pośrednictwa serwisu aukcyjnego. Co do reszty „galanterii” – nie pomogę. Deski nie mam, atrapę wystrugałem własnoręcznie. Dekielków za to mam ile komu trzeba 🙂

  29. Superkasztan napisał(a):

    Witam
    Szacunek za wkład pracy.
    Sam jestem na początku tej przygody.

    Jeżeli ma pan jeszcze światełko czerwone chętnie kupię
    Proszę o informację ile Pan ceni komplet dekielków na koła

    Pozdrawiam
    Kamil

  30. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Proszę o kontakt w tej sprawie na maila. Adres, którego Pan użył przy zamieszczaniu komentarza jest chyba błędny, bo wiadomość wraca z adnotacją, że nie ma takiego użytkownika.

  31. Wojtek napisał(a):

    Witaj
    Dużo pracy, efekt super. Właśnie uświadomiłeś mi „co mnie czeka”. Bo na ta chwilę czekam na Ładę (nie Azak) a w myślach mam „Polski Fiat 125p” 🙂 Pozdrawiam

  32. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Wytrwałości życzę. Sowiecka technologia… a co ja będę w ogóle mówił..

  33. Hubert napisał(a):

    Witam, mam pytanie odnośnie tych kloszy lamp z przodu, gdzie je kupiłeś i czy dało by radę takie załatwić w razie czego? 😀

  34. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Kupiłem w sklepie rowerowym. Chyba po 11 zł za sztukę. Tylko oryginalne żarówki trzeba wymienić na diody, bo żrą masę prądu.

  35. Hubert napisał(a):

    Kupiłem właśnie przez internet azaka i jutro kurier ma mi go przywieź i rozglądam się za częściami a jednym z nich są właśnie lampy przednie, w razie czego dało by radę jak bym nie znalazł takich u siebie żebyś ty mi kupił u siebie takie a ja za przesyłkę i fatygę bym ci zapłacił? 😀

  36. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Jakby była taka konieczność to daj znać – pomogę.

  37. Hubert napisał(a):

    Od środy stałem się posiadaczem azaka i mój jest jeszcze gorszy od twojego pod względem blacharskim 🙁

  38. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Wot technologia sowiecka i materiał badziewny…
    Pozostaje jedynie uzbroić się w cierpliwość i partiami ogarniać. Spawalniczo – blacharsko – ślusarskie doswiadczenie masz, czy bedziesz się uczył na przykładzie?

  39. Hubert napisał(a):

    Będę się uczył, mam dopiero i aż 15lat i zobaczymy co z tego wyjdzie 😉 Zapraszam do oceny, koła już zrobiłem 😉 http://www.chlopcyrometowcy.pl/showthread.php?tid=43925

  40. Patryk napisał(a):

    Rewelacyjny opis i robota:)Tez taki posiadalem wiec postanowilem rowniez zakupic dla syna trafilo na rocznik 1989r. Zony mina bezcenna jak zobaczyla na co wydalem kilka zielonych:) niestety ja rowniez posiadam braki w postaci tylnej lampy 🙁 jak ktos posiada to prosze o kontakt pozdrawiam 🙂

  41. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Posiadam tylne światełko w kolorze czerwonym.

  42. Patryk napisał(a):

    Rafal to chetnie kupie w rozsądnej cenie:) fakt kolor nie moj ale jakos sobie z tym poradzę:) podaj namiar na siebie to zdzwonimy sie zdrojok@interia.pl

  43. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Światełko w drodze jest.

  44. Seba napisał(a):

    Witam Rafał masz jakiś patent na kierownicę . Nie mogę namierzyć

  45. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Nie widziałem, żeby ktoś sprzedawał kierownice. Chyba rzadko się to trafia. Patentu jako takiego nie mam, ale pomysłów znalazłoby się trochę.

  46. Katarzyna napisał(a):

    Dobry wieczór. Najgorętsze marzenie sześciolatki…do dziś pamiętam, jak bardzo chciałam mieć ten samochodzik. W sumie widziałam takie może ze dwa w tamtym okresie. Mowy nie było, aby ktoś ”użyczył” choć na chwilę :)) Ile on wtedy kosztował i gdzie można było nabyć takie cudo? Pytanie, to echo tamtych wspomnień, bo nadal nie wiem, skąd niektóre dzieci go miały.

  47. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Witam, niestety Pani komentarz utonął w morzu spamu, z którym ciagle bezskutecznie walczę.
    Pisząc opowieść o moskwiczu nie zastanawiałem się nad tą kwestią. Ale spróbuję zgłębić temat, na fb zdaje się jest grupa lubująca się w tych staruchach.

Odpowiedz