Transpolonia Masuria. Sierpień 2020 r.

„Hej, Mazury, jak wy cudne!
Gdzie jest taki drugi kraj!
Tu zapomnisz chwile trudne,
Tu przeżyjesz życia maj.”

W. Jurzykowski – „Błękit Jeziora Dokoła (Hej Mazury)

„Siła czołgu, urok słonia i wdzięk kowadła”. – leon zet o patrolu

Rok 2020 jest rokiem, w którym liczyłem na dobrą zmianę. Na taką diametralną, z przytupem i przyklaskiem, koniecznie na lepsze. Wyszło jak zawsze, a jedyny znak od boga, który dostałem to ogromny środkowy boski palec – znaczy nie ma lekko, przynajmniej na razie.
Potem zaczęła się ta ściema z koronawirusem oraz epidemią, której nie ma, a która sprawiła że wiele naszych planów życiowych wzięło w łeb… A te które jakimś cudem się ostały wymagały daleko idącej korekty.
Mnie dodatkowo oprócz czynnika wyżej wymienionego, pewnego paskudnego lutowego wieczoru w drogę wszedł łoś. Wszedł na tyle skutecznie, że po spotkaniu zdemolowana kijanka nie nadawała i nadal nie nadaje się do jazdy…. W takiej sytuacji, trudno było liczyć na to, że spędzę chociaż kilka dni w sposób jaki najbardziej lubię i jaki od kilku lat uskuteczniam w czasie wakacji – czyli na włóczędze po Polsce szlakami wytyczonymi przez adrenalinka.pl i miłościwie jej panującego Francka.
Mimo to wykonałem jeden telefon.
Telefon, który załatwił wszystko.
W skrócie: zwyczajowa załoga kijanki pożyczonym „wszystkomającym” patrolem o wdzięcznym imieniu Lulek wyrusza „Na Berlin!” drogami i bezdrożami Mazur. Co więc może pójść nie tak? Absolutnie wszystko 🙂
No ale po kolei.


Działania wyprzedzające

Jakoś pod koniec czerwca na oficjalnym profilu fejsbukowym Adrenalinki pojawił się wpis dotyczący kolejnych edycji znanej i cenionej imprezy turystycznej (dobra – starczy cukrowania) – czyli po prostu Transpolonii. W myślach zobaczyłem tą imprezę – trasę, auta, ludzi… Terenowe zmagania, wieczorne a nawet nocne Polaków rozmowy. I zrobiło mi się żal, że w te wakacje zamiast chociaż przez kilka dni być w takiej trasie będę musiał siedzieć na tyłku. Tak po ludzku żal.
Kilka dni później zadzwoniłem do Franca. Pogadać chciałem na zupełnie inny temat, jednak rozmowa jakoś tak zeszła na transpolonijne bezdroża. No ale jak tu jechać jak nie ma czym?

  • Nie masz auta? Bierz moje! Patrol jeden, patrol drugi, terrano – do wyboru. Tylko daj info, który bierzesz. A jak chcesz jechać to polecam Masurię. Tam was jeszcze nie było. Będzie pan zadowolony.

Wróciłem do chałupy z żoną z kolei pogadać. Popatrzyliśmy w terminarz na forum Adrenalinki.pl i doszliśmy do wniosku, że lipcowy termin Masurii będzie w sam raz. Ona ma urlop, ja nie mam zbyt dużego obłożenia w pracy – jedziemy. Niestety Franc szybko wyprowadził nas z błędu… Durna polityka rządu wobec nieistniejącego zagrożenia jemu też namieszała w planach zawodowych. Krótko mówiąc – lipcowe imprezy nie odbędą się. Pozostaje sierpień. I zaczęły się schody…

  • ale w razie czego zarezerwuj dla nas terrano.

Terrano podobnie jak reszta francowej floty nosi imię. W tym wypadku to Teściu. Więc pojedziemy wszystkomającym Teściem. Jak pojedziemy oczywiście. Żonie mojej szczęśliwie udało się dogadać w pracy skutkiem czego dostała wolne w sierpniu. Z resztą gdyby nie dostała, to na transpolonię pojechałbym sam z dzieciakami – taką opcję też braliśmy pod uwagę. Bo ja przecież nie mam w pracy aż tak dużego obłożenia, aby nie zorganizować sobie tych kilku dni wolnego. Tak myślałem wtedy, bo wszystko generalnie na to wskazywało. 5 sierpnia – początek imprezy. Dni mijały nieśpiesznie, termin wyjazdu stopniowo przybliżał się. Jednak w miarę zbliżania moje wolne stawało się jakby coraz mniej realne. Po raz kolejny przekonałem się, że jak jest się fachowcem – a już szczególnie tym zajmującym się dość niszowymi rzeczami, to prędzej czy później nadejdzie ten moment, że wykonanie całości dużego projektu będzie zależeć tylko od niego. No i dla mnie ten moment nadszedł. – nigdzie cię nie puszczę, dopóki nie skończysz tego projektu. Roboty jest mnóstwo, czasu mało a tylko ty możesz to ogarnąć. W myślach zachowałem się jak bosman z kawału, który po rzuceniu soczystej wiązanki jeszcze szpetnie zaklął… Potem popatrzyłem w kalendarz. 29 lipiec… Potem już tylko zakląłem jeszcze bardziej szpetnie…

  • Kowalski – analiza…

powinno się udać, chociaż lekko to już było… Mniej więcej w tym czasie zadzwonił Francek

  • Zmiana planów jest. Terrano nie jest dostępny, w zamian za to masz patrola. Do odebrania w zasadzie od zaraz. Pasowałoby w nim wstawić centralny zamek i naprawić radio, bo coś nie działa. Poza tym wszystko z nim w porządku. Zapakuj tylko rzeczy osobiste, śpiwory i dwa krzesełka. Reszta jest w standardzie.

Potwierdziłem, że zrozumiałem. Z zamkiem będzie problem, bo czasu mało ale może zaprzyjaźniony warsztat ogarnie, radio sprawdzę. Ponieważ nie wszystko szło jak trzeba, po patrola wybrałem się dopiero w poniedziałek 3 sierpnia we wczesnych godzinach wieczornych. Po słonecznej pogodzie weekendu nie pozostał nawet ślad, niebo zasnuło się chmurami, z których padało miejscami gęsto. Człowiek pilnujący parkingu na hasło „Lulek” wręczył mi kluczyki i otworzył bramę… No dobra. Z focusa przerzuciłem do Lulka wszystkie niezbędne rzeczy i usiadłem za kółko. Kluczyk w stacyjkę i jedziemy. Chwilę później – chyba jednak nie jedziemy, bo wygląda na to że w Lulku „prądy wyszli”. Telefon do Franca, problem jest prądu brak. Heble pod maską załączone, kontrolki się nie palą, rozrusznik nie kręci i ogólnie kupa jest. Ale jakby z kabli rozruchowych spróbować… Pomysł dobry, ale finalnie nic z tego nie wyszło. Akumulatory Lulka najprawdopodobniej na skutek pozostawienia przez poprzednią załogę włączonej lodówki doznały głębokiego nokautu i nie wstały nawet na chwilę. Z drugiej strony kable, którymi dysponowałem to jakaś marketowa masówka, gdzie w kablu 99 procent jego grubości stanowi izolacja. Deszcz padał coraz gęściej i w końcu dałem spokój próbom odpalenia. Przemokłem do nitki. Kolejny telefon do Franca – Lulka rano odpalą i podładują mu akumulatory. Ja podjadę około 9 i odbiorę. Przerzucam z powrotem graty do fokusa i kieruję się na chałupę. Na miejsce docieram późnym wieczorem, też z przygodami. Jeśli przez najbliższe dni będzie lało tak jak leje teraz, to w terenie będziemy mieli niezłą wojnę… Cieszyć się czy wręcz odwrotnie? Następnego dnia – czyli we wtorek 4 sierpnia o umówionej godzinie przyjechałem po Lulka. Maska otwarta, pod maską dwa prostowniki cierpliwie pompujące energie elektryczną w wyczerpane baterie. Ładują się od trzech godzin i w zasadzie są naładowane na tyle, że Lulek pali na widok kluczyka. Powtórka z dnia wczorajszego – znów przerzucam graty z focusa do Lulka i przestawiam tego pierwszego na miejsce drugiego. Dobra – dokumenty mam, kluczyki mam, reszta nieważna. Jarek – właściciel miejsca postoju Lulka wręcza mi kluczyki. Odłączamy prostowniki od akumulatorów.

  • jak dojedziesz do Wyszkowa, to powinien być już naładowany jak trzeba

Ok. Siadam za kółkiem. Jak my się z tym Lulkiem dogadamy? Z patrolem jako kierowca miałem do czynienia tylko raz 10 lat temu podczas wyprawy na Ukrainę. Prowadziłem go na krótkim odcinku terenowym i doświadczenie to opisałem jednym krótkim zdaniem: Siła czołgu, urok słonia i wdzięk kowadła. Kwintesencja Patrola. Jarek udziela kilku ostatnich wskazówek – między innymi jak zgasić auto, bo z kluczyka się nie da. No tego nie wiedziałem. Silnik odpalił z półobrotu i od razu zaczął równo pracować. Rzut oka na deskę rozdzielczą, na wskaźniki – duże fajne i czytelne. Ładowanie w normie, ciśnienie oleju w normie, temperatura jeszcze niska, ale powoli rośnie. Trzeba obserwować.

  • Życzę udanej wyprawy – mówi na pożegnanie Jarek
  • Dziękuję z pewnością będzie udana.
lulek

„Jam tego bydlaka stworzył 😀 „

Lulkowi – jako kluczowej postaci w tym dramacie należy się słów parę. Lulek to Nissan Patrol z długim rozstawem osi wyprodukowany w 1992 roku, więc prawie trzydzieści lat temu. Ma silnik diesla o pojemności 4,2 litra – jak to by powiedział Złomnik – „ten wzmocniony”. Nie żadne 2,8 z podskakującymi głowicami, nie żadne 3,3 z wyskakującymi tłokami. 4,2 – jedyny prawilny silnik w tym aucie. W czasach powstawania Lulka producenci przykładali się znacznie lepiej niż obecnie do trwałości i niezawodności aut. Lulek mechanicznie ogarnięty jest na tip – top. Blacharsko… no cóż – ruda tu i tam wgryzła się w substancję zabytkową, jednak nie w takim stopniu aby uderzać od razu w spazmy. To po prostu solidny kawał żelaza. Żelazo to, oprócz silnika 4,2 posiada całą masę rzeczy niezbędnych do sprawnego poruszania się i obozowania w terenie. Z przodu na potężnym zderzaku rurowym siedzi elektryczna wyciągarka z nawiniętą na bęben liną syntetyczną. Nie wiem jak się tego ustrojstwa używa, kijanka tego nie ma i mieć nie będzie – hołduje zasadzie, że trzeba dbać o tężyznę fizyczną i w kryzysowych sytuacjach używam tirfora – o ile oczywiście dojdzie do kryzysowej sytuacji. A tutaj – zobaczymy jak będzie, w praniu wyjdzie. Dalej – włącznik blokady tylnego mostu czyli difflock. To akurat wyposażenie seryjne. W kijance też tego nie mam – tam z kolei siedzi LSD, które działa podobnie, tylko że na stałe. Manualne sprzęgiełka z przodu – to tak jako i u mnie. Opony MT w rozmiarze 33 cale – konkretna sprawa. Sterowanie reduktorem – nieco inaczej niż w kijance. Reszta do ogarnięcia jak w każdym aucie. Zaskakująco wygodny jest fotel kierownika, świetne są zewnętrzne lusterka wsteczne rodem chyba ze stara o powierzchni kartki A4 każde. Toto mi się podoba i zastanawiam się jakby to rozwiązanie do kijanki przeflancować. Lulek dźwiga na dachu namiot. W środku ma dodatkowo spanie dla dwóch osób, sprzęt turystyczny i szpej offroadowy. Silbertejpa, WD40 i trytrytki też ma, bo wiadomo, że jak tych trzech rzeczy zabraknie to cytując instrukcję obsługi: ziemia rozpadła by się na milion części i poszybowała w niebyt czarnej dziury !!! Wymiary samochodu maja swoje przełożenie na manewrowość. Gdy przez bardzo stromo osadzoną przednią szybę patrzę w przód, koniec maski wydaje się być kilometry ode mnie. Uważając na innych uczestników ruchu drogowego jadę w kierunku chałupy. Jest znośnie. Mteki szumią, w środku jest umiarkowanie głośno – no i trochę trzęsie. Radio nie gra, tak jak Franc mówił więc nie bardzo jest czym zabić hałas. Przy licznikowych 100km/h spostrzegam, że ogromna maska silnika porusza się podrywana pędem powietrza. Zamknięta jest na pewno, to tylko luz na zamku.
Po drodze krótki przystanek – na biegu ogarniam radio. Działa, szukam jakiejś stacji radiowej. Znajduję program trzeci polskiego radia. No dobra – chociaż jak dla mnie Trójka od niedawna jest trupem medialnym, to niech będzie. Szczęście trwa krótko. O ile na postoju radio działa, to po włączeniu świateł nie daje się go słuchać. Przednie lampy ksenonowe po prostu tak „sieją”, że w głośnikach jest tylko szum. Więc radia nie będzie. Z pracy jeszcze nie dzwonili, więc na biegu załatwiam swoje sprawy. Jest ich trochę. W momencie gdy załatwiłem ostatnią przyszła wiadomość, że jestem potrzebny na już. No dobra – podjeżdżam Lulkiem pod pracę. Wygląda na to, że spędzę tu jeszcze czas jakiś.
Przed siedemnastą okazuje się, że nie mogę skończyć roboty tak jak zaplanowałem… coś tu się porąbało, skutkiem czego dostałem narzędzie nie nadające się do operacji jaką muszę wykonać. No dobrze – trzeba zrobić nowe narzędzie – chwilę to potrwa, więc z kolei ja mam trochę czasu aby podrzucić Lulka na chatę celem przeglądu i spakowania.

  • ale bydlę – komentuje Michał

Z sąsiedztwa zlatują się dzieciaki. W końcu nieczęsto spotyka się takie auto. Młody puchnie z dumy jakby co najmniej sam je zbudował. Przesiadam się do seicento. Po obszernej kabinie Patrola odczucia mam takie bardziej klaustrofobiczne. W pracy spędzę jeszcze z godzinę, może półtorej.

Po półtorej godziny…

Jeszcze z godzina.

Finalnie fajrant o 22. Jutro z rana można jechać.


„Pogranicze w ogniu”

W zasadzie to na miejscu powinniśmy być wczoraj w okolicach 19 – 20. Ale i tak nie zdążylibyśmy – to raz. A dwa – to i tak nie miałoby większego sensu. Impreza startuje rano, znając życie nie wcześniej niż o 10. Zdążymy, do Grajewa mamy raptem 160km, z czego większość trasą szybkiego ruchu. Postanowiliśmy więc pojechać rano.
Do Lulka wrzuciłem bagaże. Chryste Panie, po cholerę tyle tego, przecież jedziemy na kilka dni a nie na miesiąc. Franc w instrukcji obsługi Lulka napisał wyraźnie aby szafę gdańską zostawić w domu… A tu jest jedna ogromna waliza dla dziewczyn, nieduża torba podróżna dla chłopaków, walizka Michała, która tak na dobrą sprawę uj wie po co jest, bo jak się okazało w trakcie wyjazdu ani razu do niej nie zajrzał. Do tego koszyk z jedzeniem (to akurat rozumiem) i cała masa pomniejszego badziewia. Szafa gdańska jak nic, na szczęście lustro zostało w chałupie.
W końcu do Lulka zapakowaliśmy się i my. Załoga na miejscach, można jechać.
Z tymi wyjazdami to klątwa jakaś… gdy sięgam pamięcią wstecz, to w ciągu ostatnich 16 lat jeszcze nigdy nie wyjechałem o czasie.
4,2 budzi się do życia z lekkością i łatwością, która będzie mnie zadziwiać przez cały czas trwania imprezy. Wystarczy dotknąć kluczyka palcem.
Mojej żonie za to zebrało się na wyrażanie wątpliwości:

  • czy my tym autem to w ogóle gdziekolwiek dojedziemy?

Nie ma jak to wkurzyć kierowcę jeszcze przed ruszeniem w trasę…

  • Wiesz co? To auto pojedzie na koniec świata i z powrotem. Nie trzeba mu tylko w tym przeszkadzać.

Pamiątkowe fotki. Oczywiście tradycyjnie na szczęście nieudane.
Obieramy kierunek z grubsza na Grajewo, potem się go uściśli. Kilka minut później wjeżdżamy na osraną trasę S8. Dlaczego tak brzydko wyrażam się na temat tej właśnie drogi szybkiego ruchu? No cóż – zawodowo zalazła mi za skórę i pozazawodowo także. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
Jedziemy z prędkością przelotową na poziomie 100km/h. Wrażenia z jazdy jako i wczoraj. Wskazania przyrządów w normie, tylko obrotomierz ma focha i nie może się zdecydować czy ma działać czy przykimać. Budzi się do pracy krótkimi zrywami, po czym strzałka znów opada na zero.
Pogoda wyklarowała się. Będzie słonecznie.
W CB radio cisza. Gdzie te czasy, gdy kwitło tam życie, kierowcy pozdrawiali się życząc sobie „szerokości” lub dziękując za „margines”… ekspresówka zabiła i to.
Z Lulkiem już się chyba lubimy. W sensie dzieci i ja. Małżonka chyba nie.
Enyłej…
Przegapiliśmy – znaczy ja przegapiłem zjazd z ekspresówki, więc nadkładamy trochę drogi do następnego. Na ślimaku panika na siedzeniu pasażera połączona z targaniem cykorłapki…

  • zwolnij, hamuj, bo wylecimy z drogi!!!
  • no weź się uspokój… jedziemy czterdzieści, nic się nie dzieje a ty mnie – kierowcę stresujesz.

Zjeżdżamy finalnie na drogę dużo niższej kategorii. Ciśniemy na Grajewo, potem miejscowość Bogusze. A w Boguszach trzeba się rozglądać za kempingiem.
Po jakimś czasie dotarliśmy do Boguszy. Kempu z drogi nie widać. W pewnym momencie mijamy się z nadjeżdżającym z naprzeciwka Jeepem Cherokee, na blachach takich bardziej miejscowych. Sprzęt przygotowany do terenu konkretnie. Nasi czy nie nasi? Na wszelki wypadek pomachałem.
No dobra – nawigację trzeba odpalić, bo tego kempu w życiu nie znajdziemy.
Dojeżdżamy do skrzyżowania z drogowskazem „Słup graniczny z 1545 roku”. Jeep chyba tam właśnie skręcił. I wygląda na to, że słup będzie jedną z atrakcji wycieczki.
Kemping finalnie znalazł się. GPS prowadził nas dość daleko od asfaltu wgłąb lasu. Miejsce wygląda zacnie, tylko gdzie są nasi? Oddelegowuję się piechotą na zwiad. Naszych znalazłem w zasadzie od razu. Jest tu i Cherokee – czyli miałem rację.
Niestety spośród załóg nie znam nikogo – a przynajmniej nie kojarzę nikogo z poprzednich edycji. Przy wygasłym ognisku spotykam głównego prowodyra całego zajścia. Francek we własnej osobie.

  • wiesz… przyjechaliśmy tu wczoraj późnym wieczorem… i zobacz – jedna flaszka , druga flaszka i trzecia… a wróć… trzecia cała…

Kontrolnie dmucha w alkomat. No jeszcze nie. Poczekamy więc, zwłaszcza, że nie wszyscy jeszcze są. Mamy czas.
Hania z dzieciakami poszła rozejrzeć się nad jezioro.
Kawa…
Kawy bym się napił…
Renata z Jeepa ratuje wrzątkiem. Rozpuszczalną znajduję w kuwecie z prowiantem. Będę żył 🙂
Też się rozglądam.
Kemping jest naprawdę bardzo porządny. Kilka fajnych drewnianych domków – na oko nawet całorocznych. Czyste sanitariaty, generalnie ład i porządek. Jezioro z pomostem i plaża. Może w przyszłym roku na weekend tu przyjadę?

Masuria

Masuria

Spotykam Michała idącego w kierunku auta. Jest mokry. Zeznaje, że przypadkiem wpadł do wody. Te jego przypadki…
W Lulku przebiera się w suche spodenki. Od razu naklejamy nalepę okolicznościową na bok Lulka. Młody cyka fotkę ojcu… „Masuria” – pokazuję paluchem.
Wracamy na pomost. Jezioro, czysta woda, ryby… Wieczorne ogniska, opowieści dorosłych, gwiazdy tak blisko, że dałoby się ich ręką sięgnąć. Albo węgorze łapane z Ojcem późno w nocy… Tak zapamiętałem swoje wakacje z dzieciństwa. To se ne vrati.
Pasowałoby jakiś metromierz na komórkę ściągnąć, bo nie mam takowego. Problem z tym generalnie jest. Francek widząc moje zmagania zinterpretował je nieco inaczej…

  • po cholerę oglądasz te memy? Pamięć krótkotrwałą sobie tylko niszczysz. Najlepiej wyrzuć ten telefon.

Faktycznie coś w tym jest. Wydaje mi się, że lepiej pisało mi się gdy komórki używałem tylko do dzwonienia.

 

CDN…




Odpowiedz