Moja Ukraina 2010

Zamiast wstępu

Pomysł zorganizowanej – nazwijmy to wyprawy na Ukrainę narodził się w głowach Sebka i Pajera gdzieś na początku 2010 roku. Organizacją i koordynacją wszystkich działań zajął się nieoceniony Wojtek – w końcu uważany za głównego prowodyra całego zajścia. No cóż posiane ziarno trafiło na podatny grunt i zakiełkowało – plan powoli dojrzewał i po wielu spotkaniach organizacyjnych w Coctail Barze Manhattan www.bar.manhattan.net.pl (pierwsza godzina spotkania bezalkoholowa) wykrystalizował się ostatecznie skład:

  1. Pajero – Nissan Patrol;
  2. Sebek – LR Discovery;
  3. Paweł – samochód wypożyczony na miejscu;
  4. Rafał vel leon zet piszący te słowa – KIA sportage pieszczotliwie zwana kijanką.

Pozostali z różnych przyczyn odpadli. Trudno – ich strata.

Plan wyglądał następująco: korzystamy z oferty zamieszczonej na  www.wertepy.com – czyli generalnie wycieczka z przewodnikiem. Trasa? No jakaś tam będzie. Atrakcje? Znajdą się. Teren? Skolko ugodno. Plan? Najlepszy plan to brak planu… No cóż – wyglądało to na jakąś dziwną improwizację, ale okazało się „w praniu”, że inaczej się nie da. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wyjazd zaplanowaliśmy na 29 maja 2010 roku – czyli na sobotę. Mieliśmy dojechać do bazy w Ustrzykach Górnych, przenocować i rano ruszyć na trasę. Taki był plan…

Okazało się niestety, że wyjazd trzeba było przesunąć. Chrześnica mojej Żony miała akurat 30 maja komunię, jak się potem okazało chrześniacy Wojtka także. Tak więc Pajero z synem, Sebek z rodziną i Paweł z Ubikiem pojechali do bazy w niedzielę rano. My – tj. Wojtek, Grzechu i ja mieliśmy wyjechać w niedzielę na wieczór – już po imprezach okołokomunijnych.

I tak właśnie zrobiliśmy.

_________________________________________________________________________________________

Jedziemy na kosmodrom czyli DZIEŃ 0 – niedziela 30.05.2010r

Godzina 18.00

Kijanka stoi zapakowana pod domem w oczekiwaniu na wyjazd. Ja tymczasem utknąłem na dobre na przyjęciu komunijnym. Wojtek nagli, ja wyrwać się nie mogę. Jak tak dalej pójdzie to kinetykiem będą mnie musieli zza stołu wyszarpywać. Robi się nerwowo. W końcu jedziemy do domu. Krótkie pożegnanie – jedziemy. Dokumenty są, pieniądze są, kanapki są, yerba mate w kubku jest…

Godzina 20.00

Jesteśmy w komplecie na pokładzie: Wojtek, Grzechu (mój brat wspólnik) i ja. Wizyta na Orlenie, tankowanie paliwa wszelakiego i w drogę.

cpn wyszkow

Tankujemy na Orlenie…

Nareszcie. Ponieważ mam na pokładzie dwóch wysokiej klasy pilotów mających za zadanie pilnowanie trasy oddaję się wyłącznie prowadzeniu auta. W zasadzie uczę się go od nowa – kijanka jest „letko dłubnięta” w stosunku do tego co wyjeżdża z fabryki a dodatkowo specjalnie na ten wyjazd założyłem nowe większe koła… Auto prowadzi się z gracją, aczkolwiek dynamika pozostawia wiele do życzenia… Nic to Baśka, jak to mawiał Pan Wołodyjowski. Co jakiś czas Wojtek wykonuje kontrolny telefon do Pajera – chłopaki szczęśliwie dojechali, chociaż nawigacja MIO chciała ich do Ustrzyk prowadzić przez Ukrainę – bo tak podobno było bliżej. Jak stwierdził Pajero MIO się toto z celem. Teraz podobno trwa impreza i jest fajnie (pierwsza bania). Podobno znaleźli jakieś alternatywne zastosowanie miodu… No i jest tam podobno cud miód dziewczę z licem niby Andżelina Dżoli, w której to Pajero z miejsca się – jak to wyjaśnił Wojtkowi przez telefon – „chyba zakochał”.

mona

Andżelina…

Wojtek skomentował to tylko krótkim: „Ty im starszy, tym głupszy”. I było w zasadzie po rozmowie, bo bateria w komórce padła. W Jarosławiu oba moje pokładowe orły tak się zagadali, że zupełnie zapomnieli o pilotowaniu. Na szczęście zawróciliśmy zanim dojechaliśmy do Krakowa… Kilometry mijały, zaliczyliśmy wizytę na jakimś cepeenie gdzie znów zatankowaliśmy paliwo wszelakie oraz zakupiliśmy pióra wycieraczek – bo stare były zupełnie do dupy. Jak się okazało później – zakup przydał się. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem, że wzniesienia stały się jakby bardziej strome a podjazdy i zjazdy dłuższe i kręte. To parametr ironicznie nazywany „nadmiarem mocy” dawał znać o sobie: auto wyczuwało wzniesienie zanim ja je zobaczyłem. Nie powiem aby mnie to jakoś cieszyło… Ale jedziemy.

____________________________________________________________________________________________________

Lecimy w kosmos czyli DZIEŃ 1 – poniedziałek 31.05.2010.

Godzina 4.00…

Jesteśmy w Ustrzykach i szukamy ośrodka wypoczynkowego „Olimp”… Od półgodziny szukamy jeżdżąc w te i wewte. Dzwonimy – nikt nie odbiera, wszyscy śpią. W końcu ktoś się zlitował, telefon odebrał i poprowadził. Parking, gaszę silnik – mogę wreszcie na legalu zgarnąć mały łyk tego czym moi „piloci” raczyli się całą drogę. Żubrówka… Kładziemy się spać w domku gdzie wcześniej zaległ Sebek z rodziną.

Snu nie ma za wiele – raptem ze 3 godziny. Około ósmej już jesteśmy na nogach. Wojtek opuszcza kijankę i przenosi się do patrola Pajera. Musimy się więc przepakować. W międzyczasie niejako „w biegu” poznaję dwóch – jak się okazało później – najważniejszych uczestników imprezy. Jacka i Ryśka. Jacek jest naszym przewodnikiem a Rysiek jego kolegą – akurat nie miał nic do roboty i postanowił uczestniczyć w imprezie. W tym miejscu można byłoby zacytować klasyka: „wszystkie Ryśki, to porządne chłopy…”

W oczekiwaniu na śniadanie podpytujemy Ryśka o Ukrainę – jak tam jest i czego możemy się spodziewać. No cóż – podobno po tamtej stronie granicy określenie „kosmos” nabiera nowego nieoczekiwanego znaczenia. Według tego co Rysiu mówi Ukraina nie jest normalnym krajem według obowiązujących u nas standardów normalności a spodziewać możemy się wszystkiego. Zatrzymujemy się chwilę nad przelicznikiem hrywna / złotówka, ceną, dostępnością i jakością paliwa i gazu oraz jakością i dostępnością trunków. Pozostałe produkty spożywczo – przemysłowe chwilowo nas nie interesują.

Końcowe odliczanie.

Przy śniadaniu Jacek rozdaje wszystkim karteczki, które są niezbędne do przekroczenia granicy polsko – ukraińskiej. Trzeba je starannie wypełnić, bo podobno są ważniejsze niż paszport a jej zgubienie może narazić turystę na wiele kosmicznych doznań. Rysiek opowiada jak to kiedyś zgubił taka karteczkę przez co nie chcieli go wypuścić z Ukrainy. Celnicy skapitulowali dopiero wtedy gdy stwierdził, że zażąda udzielenia mu azylu politycznego – skoro nie chcą go wypuścić. Po śniadaniu zbiórka na parkingu przed ośrodkiem. Paweł i Ubik dostają patrola. Pakujemy sprzęt do patrola Jacka, część sprzętu idzie do patrola Pawła. Kuchenka gazowa, butla, garnki, liny stalowe, taśmy, koło zapasowe, jedzenie, picie, ponton, mydło, widło i powidło – jest tego w cholerę.

pakujemy graty

Pakujemy graty… jest tego trochę…

Korzystając z wolnej chwili podnoszę maskę kijanki i podłączam snorkel. Nie wiadomo czy się nie przyda. W końcu formujemy kolumnę i jedziemy w stronę przejścia granicznego. W patrolu z Jackiem i Ryśkiem jedzie też córka Jacka – Monika. To właśnie to śliczne dziewczę, o której wcześniej była mowa.

Kosmos – przedsmak.

Dojechaliśmy na przejście graniczne w miejscowości X. Albo Y. Nazwa nieważna, nie podaję jej zresztą celowo. Klimat ważny. Ustawiliśmy się rządkiem tak aby wszystkie nasze auta były odprawiane przez tych samych celników w nadziei, że tak będzie szybciej. Kijanka zamyka kolumnę. Kto nie miał obowiązkowej „zielonej karty” mógł ją sobie wykupić w budce koło przejścia – co też od razu zrobiłem.

Kolejka na przejściu

Kolejka na przejściu

Odprawa szła raczej mrówczym tempem, które zwolniło jeszcze bardziej gdy na przejście nie wjechała kijanka… Kontrola dokumentów auta, paszportów, poszukiwania numerów ramy (dlatego, że auto nie było wcześniej na Ukrainie)… Po pięciu minutach obserwowania moich zmagań w trakcie których usiłowałem znaleźć miejsce na ramie gdzie są te pieprzone numery, ładna Pani Celnik skapitulowała i zadowoliła się odczytaniem numerów z tabliczki znamionowej umieszczonej pod maską auta. Można jechać dalej. Zanim jednak ruszyłem podszedł do mnie inny celnik pytając o zachowanie się auta w terenie, osiągi, zużycie paliwa itp. sprawy. Jak się potem okazało kolegów też pytał – entuzjasta znaczy.

W każdym bądź razie to co się działo po polskiej stronie to mały pikuś, polscy celnicy byli OK, jedyne co było wkurzające to nisko położone okienka do odprawy – aby z nich skorzystać trzeba było klęczeć.

Wojciech K. ps. "Leśny' uchwycony w pozie modlitewnej na przejściu granicznym w miejscowości X lub Y...

Wojciech K. ps. „Leśny’ uchwycony w pozie modlitewnej na przejściu granicznym w miejscowości X lub Y…

Kosmos – czyli witamy po drugiej stronie.

Podjechaliśmy do kontroli. Podeszliśmy z dokumentami do okienka. Słyszę, że ktoś woła właściciela KIA. Czyli mnie. Zostawiam Grzecha z dokumentami i idę. Czeka na mnie – z wyglądu drobny cwaniaczek. Gdzie i po co jedziesz, co przewozisz i gdzie masz broń? Jadę na wycieczkę, przewożę sprzęt turystyczny i trochę żywności a broni nie posiadam. Jakoś go to nie przekonało… Uparcie twierdzi: „Wiem, że przewozisz broń. Mam iść po pieska co ją znajdzie?” A idź człowieku, byle szybko. No i zaczęło się: kazał otworzyć drzwi, zajrzał do schowka gdzie były tylko dwa redbulle, popatrzył w schowki w drzwiach, kazał otworzyć bagażnik. Nie szukał broni tylko – jak się domyślałem – kasy. Nie znalazł jej, a ja uparcie udawałem, że nie wiem o co mu chodzi. No cóż – musiał w końcu nabrać przekonania, że jestem wyjątkowo tępy, więc darował sobie i poszedł tam skąd przyszedł. Grzechu tymczasem załatwił papierologię. Karteczki, które tak pieczołowicie wypełnialiśmy w ośrodku zostały ostemplowane oraz przedarte na pół. Jedna połowa została na przejściu, druga w paszporcie. Dostaliśmy za to kolejną karteczkę, którą trzeba było przystemplować u misia co to stał dwa kroki dalej. I tutaj spotkała nas kolejna próba wymuszenia łapówki – tym razem na bezczela: „włóż złotówki pod karteczkę, włóż złotówki pod karteczkę…” – jakbym słyszał cinkciarza pod PKO w latach ’80 zeszłego wieku. „Co on chce?” – pyta Grzechu. „Kasy chce” – odpowiadam. „To daj mu dychę i niech spierdala” 🙂 Rozbawiony sięgam do kieszeni, wyciągam garść bilonu i szukam… Misio momentalnie przybija pieczątkę, mamroce coś w panice, że „tu nie, bo tu kamera”. Łapówki nie dostał. My za to z karteczką w garści jedziemy do kolejnego misia już na wylocie, który z kolei karteczkę przejmuje i chowa. Taki obieg dokumentów. Zapewne później karteczka ta wraca na przejście w charakterze papieru toaletowego.

No cóż tak wyglądały nasze przejścia z ukraińską służbą celną. Nabrałem po tym przekonania, ze ukraińscy celnicy mają za duże trzy rzeczy: czapki, pagony i kieszenie. Ze szczególnym uwzględnieniem kieszeni. Trudno stwierdzić jednoznacznie, że jest to norma. Może nie jest. Ale ja tak widocznie mam, że trafiam na patologie.

Dołączamy do reszty wycieczki. Czeka nas wizyta w jednoosobowym mobilnym punkcie wymiany walut – czyli u lokalnego cinkciarza, a właściwie cinkciarki. Wymiana idzie szybko i sprawnie, kurs wymiany do przyjęcia – chociaż jak wyjaśnia Jacek od czasu jego ostatniej wizyty na Ukrainie hrywna nieco podrożała. Mówi jeszcze, żebyśmy się nie zdziwili, bo te same nominały mogą występować w banknotach o różnych wzorach. Ale wszystkie są w obiegu, więc nie ma się czym przejmować. Ponieważ spotkanie ma miejsce na stacji paliw więc od razu zwracamy uwagę na ceny – po przeliczeniu mniej więcej o połowę taniej niż u nas. I co jeszcze – przy dystrybutorach leżą pozbijane z desek wysokie na jakieś 15 – 20 cm „kliny”. Zastanawiamy się po co one komu. No cóż – ja się domyślam – żeby więcej zatankować. I tak jest w istocie, bo oto za chwilę podjeżdża jakieś auto, kierowca najeżdża tylnym kołem na klin i tankuje. Zawsze to kilka litrów więcej w baku. Kilka litrów, które można sprzedać z zyskiem po polskiej stronie. My w każdym bądź razie jedziemy na inną – jak wyjaśnia Jacek – lepiej wyposażoną stację, ze sklepem i LPG. To ostatnie jest mi niezbędne.

Stacja benzynowa nosi wdzięczną nazwę „OPAL”. Nawet przyzwoicie wyposażona. Jako jedyni z całej wycieczki nie mamy diesla pod maską, więc korzystając z okazji tankujemy i benzynę i gaz pod korek. Pogadaliśmy chwilę z pompiarzem a potem poszliśmy do sklepu zakupić trochę innego paliwa.

zakupy na opalu

Tankujemy na Opalu 🙂

 Jacek wyjaśnia, że niektóre z ukraińskich piw są dobre a niektóre są w ogóle niepijalne. Z tych dobrych godne polecenia jest „Lwowskie”- kupujemy od razu kilka sztuk. Grzechu kupuje jeszcze jakąś flaszkę a ja – ponieważ nie bardzo lubię białą gorzałę rozglądam się po półkach na których stoją koniaki. A jest tego od metra, żadnego nie znam i jestem w kłopocie. Na szczęście przede mną stoi Rysiek – też kupuje koniaczek, więc profilaktycznie biorę to co i on.

Auta zatankowane, zakupy dokonane – można jechać. Kolumnę otwiera patrol Jacka prowadzony przez Monikę. Gdzie jedziemy – tego nie wiemy, Jacek prowadzi nas po – jak nam się wydaje zupełnie bocznych drogach. Szuter, z rzadka coś co przypomina dziurawy asfalt – a w zasadzie wspomnienie po nim. To co braliśmy za boczne drogi było w istocie drogami sporo wyższej kategorii… Tempo – z racji ogromnej ilości wyjebów mamy irytująco wolne, w dodatku patrol Jacka ma w sobie jeszcze czulszy wykrywacz wzniesień niż kijanka 🙂 Wykrycie wzniesienia sygnalizuje dodatkowo chmurą czarnego dymu wyrzucaną do atmosfery z rury wydechowej. Po kilku kilometrach nikt nie chciał być numerem 2 w kolumnie.

Pogoda się psuje.

Jedziemy. Nazwy mijanych miejscowości nic mi nie mówią, Grzechu nie bardzo jest w stanie znaleźć je na zakupionej profilaktycznie mapie. Wszystko jedno – wydaje mi się tylko, że poruszamy się dość blisko granicy, bo ciągle łapię radiową Trójkę. Wciąż pobrzmiewają w niej echa koncertu AC/DC sprzed dwóch dni – akurat lecą „Hell’s Bells”. (Wojtek i Pajero jeszcze dochodzą do siebie po udanym koncercie.)

Dojeżdżamy do miejscowości – o ile jestem w stanie dobrze odczytać Tersziw (Terszów). Jeśli ktoś chciałby ją zlokalizować na mapie to podaję współrzędne: 49°24’54.00″N, 22°59’8.00″E.

Terszów

Terszów

 Przepływa przez nią rzeka, nad której brzegiem organizujemy sobie krótki postój. Jacek wyjaśnia, że niedaleko jest miejscowość Ławrów (49°23’23.00″N, 22°52’20.00″E), gdzie jest Klasztor św. Onufrego (klasztor bazylianów), który warto zobaczyć. Podobno niedawno – kilka tygodni temu miało tam miejsce objawienie Matki Boskiej – ktoś ją podobno zobaczył w pniu drzewa z odłamanym konarem i w związku z tym na miejsce udawały się całe pielgrzymki ludzi spragnionych cudu. Pożyjemy – zobaczymy. A tymczasem jemy pieczonego kurczaka – gorący skurczybyk jakby dopiero z ogniska zdjęty.

Okazuje się, że w jackowym patrolu spalił się bezpiecznik. I to ten, który odpowiadał za ładowanie. Skutek tego jest taki, że auta nie da się odpalić, bo akumulator zdechł. Trzeba działać. W kijance mam kawałek grubego drutu miedzianego, Jacek szybko watuje bezpiecznik, patrol zostaje odpalony ze sznurka. „Nie rób dziadostwa – drutem zwiąż” przypomina mi się usłyszane niedawno powiedzenie. Prowizorka – ale będzie działać. Ruszamy w drogę – trzeba podjechać pod skarpę i wyskoczyć na asfalt. I tu jest problem, bo wyskoczyć nie możemy. Trudno robić takie rzeczy z solidnie zaciągniętym ręcznym.

Ławrów - klasztor

Ławrów – klasztor

W drodze do klasztoru – niespodzianka. Na poboczu zaparkowany jest UAZ a w środku dwóch mundurowych. Kontrola – sprawdzają nam paszporty. Ki cholera? Sprawdzili, puścili. Pytamy Jacka przez CB o co chodziło i czy to ichniejsza policja? Okazało się, że to lotny posterunek straży granicznej. Podobno zawsze w tym miejscu stoją i kontrolują – ze względu na bliskość granicy. Milicja zatrzymuje jedynie pojedyncze samochody, nigdy kolumny samochodów. Podobno boją się wpierdol dostać…

Dojeżdżamy do monastyru, zwiedzamy kościół i udajemy się na miejsce objawienia. Niby nic – drzewo z oberwanym konarem. Ale gdy wpatrywałem się w ten przełom wydawało mi się, że dostrzegam trójwymiarowe zarysy stojącej kobiety trzymającej na rękach dziecko – coś na zasadzie „magicznego oka” gdzie pośród pozornie bezładnych płaskich plam ukryty jest trójwymiarowy obraz. Tak to dla mnie tu i teraz wyglądało.

Ławrów - cud

Ławrów – cud

Jedziemy dalej. Przejeżdżamy znów koło tego samego lotnego posterunku. Tempo nadal irytująco wolne, patrol Jacka nadal sygnalizuje wzniesienia dymieniem na czarno. Jacek pyta przez CB co z noclegiem – bo pora się powoli zbliżała. W założeniu wszystkie noclegi mieliśmy spędzić pod namiotami, jednak pogoda skisła do tego stopnia, że stanęliśmy przed wyborem: mokry namiot/suchy kąt i dach nad głową. Ja tam wolę pod dachem, chociaż inni nie są do tego przekonani. Ale pogoda psuje się coraz bardziej, więc w końcu najbardziej oporni miękną. Jacek ma chyba na całej Ukrainie przyjaciół i znajomych, którzy w razie potrzeby służą mu wsparciem więc wystarczy jeden telefon – będziemy mieli nocleg, że mucha nie siada.

Z tego co dowiedziałem się później to kierujemy się w rejon Drohobycza. Generalnie jest to rejon uzdrowiskowy Drohobycz, Truskawiec, Borysław to swego rodzaju zagłębie uzdrowiskowe. Miejsce do którego zmierzamy położone jest w miejscowości Rybnyk (49°10’36.00″N, 23°17’12.00″E), znajomi Jacka mają tam daczę, z której będziemy mogli skorzystać. Jest ona położona nad rzeką Stryj. Droga prowadząca do tego miejsca została rozmyta przez powódź chyba ze 4 lata temu. Do dzisiaj nie została ona naprawiona – wieczna prowizorka. Jakoś dojechaliśmy. Miejsce – fantastyczne. Rozpakowaliśmy się, rozlokowaliśmy w drewnianym domu. Nareszcie na legalu mogę napić się tego ukraińskiego piwa. Nawet dobre. Przypomina nieco Tyskie z czasów kiedy było ono piwem a nie szczynami.

Siedzimy sobie w altance, pod dachem. Deszcz leje. Dostaję esemesa – Misiek pisze o koncercie TSA w Wyszkowie. No cóż – jakbym miał bliżej to pewnie bym wpadł. Rozmawiam z Ryśkiem – podoba mu się kijanka, powiedział że musi ją sobie dobrze obfotografować, bo na jego oko dobrej roboty i gotówki trochę w nią poszło. Potwierdzam, opowiadam o przeróbkach, patentach i zmaganiem się z oporną koreańską techniką. Kombinujemy jakby tu przekonać Jacka, żeby zrezygnował z patroli na korzyść kijanek. Mógłbym wtedy objąć posadę głównego mechanika w jego firmie i zajmować się tym co lubię najbardziej: „gięciem metalu i krzesaniem iskier”.

Przed kolacją obowiązkowy telefon do domu.

Nocleg, że mucha nie siada...

Nocleg, że mucha nie siada…

Przyjeżdżają znajomi Jacka, GAZem 69. Sebek ogląda uważnie auto, wypytuje właściciela o szczegóły – widać, że chętnie przytuliłby takiego w oryginalnym stanie. Ale to nie takie proste – nawet na Ukrainie. W tym czasie przygotowujemy kolację – zaczyna się bankiet… Próbowaliście kiedyś zagryźć pięćdziesiątkę suszoną rybką? Niesamowite. Jacek opowiada coś o jutrzejszym dniu i czekających nas atrakcjach. Podobno będziemy spływać pontonem, tylko że całą sztuką będzie się do niego dostać. Jeśli tak to ma wyglądać jak Jacek opisuje… Ale dobra – jest bankiet, kto się będzie przejmował jakąś tam dmuchaną łódką. Powszechną wesołość budzi Michał, który pyta o coś Pajera zaczynając zdanie od słowa „Ojcze…” Wygląda an to, że Pajero przynajmniej na czas imprezy będzie miał nową ksywkę „Ojczenasz”.

Okazuje się, że do dyspozycji mamy banię. Prawdziwą banię opalaną piecem a nie jakąś tam namiastkę. Wobec tego udajemy się do bani…

Bania – to w ogóle genialny wynalazek. To nie tylko miejsce gdzie można się umyć i wypocić. Nie. W bani się biesiaduje, rozmawia jest do tego specjalne pomieszczenie ze stołem. Tutaj tętni życie towarzyskie i miło mija czas. A więc świętujemy. Co raz któryś wylatuje na zewnątrz aby się schłodzić pod prysznicem. I zaraz wraca. A koniaczek popijany w bani prosto z butelki to już w ogóle coś fantastycznego.

Tak kończy się dzień pierwszy.

__________________________________________________________________________________________________

Wchodzimy na orbitę czyli DZIEŃ 2 – wtorek 01.06.2010.

Wstaję bez kaca. A to już dobrze wróży. Śniadanie, zwijamy manele. Jacek wyjaśnia swój podstępny plan na dziś. A jest on następujący: czeka nas dość długi spływ pontonem rzeką Stryj. Ale żeby tak łatwo nie było to do pontonu trzeba będzie się opuścić po linie… z mostu co ma 20 metrów wysokości… Ups… Jest on niedaleko miejsca naszego stacjonowania – o tutaj: 49°11’47.00″N, 23°18’23.00″E.

ponton wodowanie

Ponton – wodowanie.

Jesteśmy już na moście. Sebek, Ubik, Pajero, Jurij i Michał opuszczają ponton na linach na wodę. Dżizas… ale to wysoko… Ja mam tam zejść? Mowy nie ma. Ponton już jest na wodzie przytrzymywany przez liny. To duży ponton, solidnie wykonany przeznaczony specjalnie do spływów rwącymi górskimi rzekami. Przypominam sobie zagmatwaną historię jego zakupu, którą opowiedział nam wcześniej Jacek. Podobno nie mógł znaleźć takiego pontonu ani w Polsce ani w żadnym innym europejskim kraju. Dopiero za wielką wodą w kraju wujka Sama znalazł handeles oferujący tego typu sprzęt. Gdy zadzwonił tam okazało się, że oni te pontony sprowadzają z Polski od producenta…

Tymczasem Jacek starannie wiąże liny, po których mamy się opuścić. Są dla bezpieczeństwa dwie. Wyjaśnia nam, że będzie nas wiązał w sposób absolutnie idiotoodporny, tak abyśmy jako niedoświadczeni nie zrobili sobie krzywdy. Kto pierwszy? Zgłasza się Ubik – ma doświadczenie we wspinaczce więc będzie mu łatwiej. Zakłada specjalną uprząż, przechodzi przez barierkę i staje po drugiej stronie przypięty jedynie krótką asekuracyjną linką. (Nie – ja tak nie zrobię, mowy nie ma…). Jacek wiąże tajemne supły, w końcu odczepia asekurację. Ubik schodzi. Patrzymy jak odchyla się do tyłu, jak omija nawis mostu i jak schodzi w dół zawisając nad pontonem. Podciąga linkę i opuszcza się prosto do niego. Kto następny? Padło na Michała. Minę miał nietęgą gdy w atmosferze czarnego humoru serwowanego przez Ryśka do spółki z Pajerem stanął po drugiej stronie barierki. Na szczęście wszystko poszło gładko i chwilę później został przechwycony przez Ubika. Kolej na Olkę. Dzielnie się dziewczyna spisała, choć mama odeszła na drugi koniec mostu żeby tego końca nie widzieć na oczy, ojciec jednak śmiało dodawał jej otuchy – w pontonie już trzy osoby. Niestety widok córki wiszącej na linach był dla Moniki zbyt silny… Kolej na Pajera… minę miał Ojczenasz podobną jak Michał – trudno się dziwić, bo akurat Rysiek stwierdził, że polisa Jacka obejmuje dwa wypadki śmiertelne miesięcznie 🙂 W tym miesiącu trupa jeszcze nie było. A limity trzeba wykonać 🙂 Na szczęście Pajero wkrótce ląduje bezpiecznie w pontonie. Moja kolej. Już wcześniej założyłem kapok i uprząż. Przechodzę przez barierkę i staję po drugiej stronie. Wyłączyłem myślenie – inaczej nie dałbym rady. Jacek wiąże, w końcu odpina asekurację – schodzisz, mówi. Schodzę, omijam nawis mostu. Gdy już swobodnie wiszę na linie wraz z krótkim mocno niecenzuralnym „o k…!” wyrzucam z siebie strach. Chwilę później jestem już w pontonie. Fajne to było.

Co ma wisieć - nie utonie, czyli jak się spuścić aby nie wpaść...

Co ma wisieć – nie utonie, czyli jak się spuścić aby nie wpaść…

Za barierką pojawia się Wojtek, też – jak się później przyznał – ze strachem w gaciach. Paweł tymczasem udaje się po piwo… Z Angeliną się udaje. Trochę mu się zeszło. W tym czasie do pontonu zdążył zejść Sebek, Grzechu i Rysiek. Monika namówić się nie dała. Pawła jak nie było tak nie ma. Wobec tego Jacek przygotowuje się do zejścia. W chwili gdy już wszystko miał przygotowane wraca Paweł. Z piwem o dziwo. Szybka zmiana ról – Paweł do pontonu, Jacek za barierkę. Kapitan spuszcza się zawsze ostatni – brzmi powiedzenie starych wilków morskich. Nasz „kapitan” nie dość, że zszedł ostatni to jeszcze w stylu Batmana – głową w dół.

Batman :)

Batman 🙂

Czyli jesteśmy wszyscy. Ci co wiosłują siadają na burtach, nogi wkładają w specjalne taśmy na podłodze i czekają na komendę do wiosłowania w razie potrzeby. Póki co leniwie spływamy w dół rzeki. Prawie jak „Rejs” Piwowskiego. „Panie Kazimierzu, pan da mi klucze…” Dogania nas dwóch gości w kajaku. Wiosłują bystro więc szybko znikają nam z oczu. Gdzieniegdzie trzeba jednak użyć wioseł – rzeka momentami jest rwąca i wzburzona. Wiosłujemy zmoczeni bryzgami wody… i piwa, które – wstrząśnięte przy próbie otwarcia zamieniło się w gaśnicę.

Paweł z gaśnicą :)

Paweł z gaśnicą 🙂

Po niecałych dwóch godzinach docieramy do miejsca lądowania. Dalsza część drogi pokonamy patrolami Jacka i Gazem Jurija – czekają już na nas. Odszukuję swoją koszulę polarową, bo trochę przemarzłem na wodzie, Monika (Angelina) wręcza mi kluczyki do patrola. Zobaczymy jak to wypada w porównaniu z kijanką.

Załoga do wozu. Jedziemy. Naszym celem jest położona nieopodal nigdy nie oddana do użytku zapora wodna (49°09’15.00″N, 23°21’52.00″E). Radzieccy uczeni za czasów trwania imperium wiecznej szczęśliwości wpadli na pomysł, że gdyby wybudować na Stryju potężną zaporę to otaczające go góry stanowiłyby ściany naturalnego zbiornika zaporowego – Morza Karpackiego (nie wiem czy to nazwa oficjalna czy też nie). Zaporę wybudowano i gdy wszystko było praktycznie gotowe okazało się, że nie można opanować osuwania się niektórych zboczy…

Patrol.

W porównaniu z kijanką patrol prowadzi się jak czołg, ma urok słonia i wdzięk kowadła. Sprzęgiełka z przodu ma zapięte na stałe, tak więc w razie konieczności wystarczy przełożyć wajchę na reduktorze aby skorzystać z napędu na 4 koła. To proste, ale jak włączyć reduktor? – potrzebuję go na błotnistym pooranym koleinami podjeździe. Sebek podpowiada – jedziemy dalej.

patrol

Siła czołgu, urok słonia i wdzięk kowadła: kwintesencja patrola.

W oddali widać już potężne, szare, ponure betonowe budowle zapory. Z bliska wyglądają na jeszcze potężniejsze, szare i ponure. Ile tysięcy ton betonu tutaj poszło, ile ton zbrojenia. I wszystko niepotrzebnie. Gdy oglądamy tą monumentalną budowlę wykonaną w sowieckiej jakości to nabieramy przekonania, że nawet gdyby powstrzymano osuwanie się zboczy i zalano teren, to zapora ta runęłaby sama z siebie. Na szczęście nie doszło do tego a zapora pozostała miejscem, w którym można podziwiać ludzką nieodpowiedzialność. A takich miejsc jest więcej.

zapora

Zapora

Wracamy do miejsca lądowania. Składamy ponton, pakujemy się do samochodów i wracamy na daczę. Tam ostateczne pakowanie i jedziemy dalej. Tak jak wczoraj – stan dróg bez zmian, tempo może nieco szybsze ale bez szaleństw i jakby mniej dymiący patrol Jacka na czele kolumny. Pogoda coraz gorsza. Zatrzymujemy się w mieście (jakim mieście – tego nie wiem, prawdopodobnie Stryj) robimy zakupy. Chłopaki zostają wyproszeni ze sklepu samoobsługowego, bo próbowali nagrywać coś kamerą. Widocznie u nich to ściśle tajne przez poufne. Zakupy dokonane teraz trzeba tylko znaleźć miejsce na biwak. Jacek ma takie miejsce – jest piękne: w dole rwąca rzeka z płaskim niskim brzegiem do którego można zjechać dość stromym zjazdem. Drugi brzeg to nagie strome zbocze schodzące prosto do wody. Po lewej stronie zjazdu, którym zjechaliśmy – zagajnik. Jak się potem okazało skrywający zapomniany cmentarz. Chodzimy wśród grobów, patrzymy na napisy: polskie, ukraińskie. Patrzymy na daty. Zjawia się grupka miejscowych. Pytają czy nie potrzebujemy drewna na ognisko, bo mogą szybko takowe zorganizować. Są życzliwi. Nie będziemy tu aż tak długo biwakować, więc grzecznie dziękujemy.

Pogoda naprawdę się psuje. Pomiędzy samochodami rozciągnęliśmy plandekę aby zabezpieczyć się przed deszczem.

Posiłek po trasie

Posiłek po trasie

Gotowanie na biwaku ma to do siebie, że cokolwiek z tego wyjdzie smakuje wybornie. I choćby wyglądało nie wiadomo jak źle to i tak to zjesz. I jeszcze poprosisz o repetę. Tak było i tym razem. Wspólnym wysiłkiem udało się zepsuć makaron zmieniając go w białą masę nie przypominającą niczego. Pięć toreb makaronu gotowane w dwóch litrach wody – to musiało się tak skończyć. Do tego doszła okrasa z wkładką mięsną… i jakoś poszło. Bardzo dobre jedzenie. W trakcie rozmów przy posiłku Jacek wyjaśnia, że kierujemy się do jego chaty w górach i podobno – biorąc pod uwagę pogodę szykuje się niezły hardkor. Jakby kogoś interesowało, to wieś nazywa się Komarniki, ale najbliższe zabudowania są w odległości około 5km. Na miejsce można dotrzeć pieszo, konno, motocyklem typu cross lub samochodem terenowym. O własnych siłach na pewno dojadą jackowe patrole. I może kijanka… Jacek pyta jak głębokiej wody się nie boję – w odpowiedzi pokazuję okolice pasa. Niedobrze – kręci głową Jacek, tam będzie głębiej…

Aha – czyli będziemy pływać… niedobrze, niedobrze…

Zwijamy biwak i jedziemy dalej… Ten podjazd. Nie dość, że stromy to jeszcze drań śliski się zrobił. Daliśmy radę. Biorąc pod uwagę to co działo się później podjazd ten był pryszczem na dupie Maryny.

Po mniej więcej trzech godzinach jazdy dojeżdżamy do miejsca, gdzie zaczyna się hardkor. Miejscowość Komarniki – okolice tego miejsca (49°00’14,87”, 23°02’53,95”). Trzeba przejechać w bród rzekę Stryj wezbraną po opadach. Już rozumiem co miał na myśli Jacek pytając o głębokość wody. W każdym bądź razie on przejedzie pierwszy, ja popatrzę i ocenię czy dam radę czy też nie. Rusza. Za nim patrol Pawła. Jadą tak jak trzeba – do połowy rzeki z prądem a do połowy pod prąd – po łuku. Do połowy rzeki woda ma nawet niewielką głębokość. Od połowy jak dla mnie jest za głęboko. Na szczęście mam wyjście awaryjne w postaci… mostu linowego. Patrząc na niego mamroczę pod nosem: „jaki kraj, taki Golden Gate…”.

golden gate

… taki Golden Gate 🙂

Instrukcje co do przejazdu są proste: jechać bardzo wolno, równym tempem nie przyspieszając i nie hamując, bo inaczej most się buja. A więc wolno naprzód. Most jest wąski, jedzie się po deskach wjazd i zjazd jest dość stromy. Po chwili jestem na drugim brzegu. Tymczasem Pajero i Sebek zastanawiają się jak też tego Stryja pokonać: górą czy dołem. Wygrała druga opcja – jadą w bród. Niestety pojechali nieco za szerokim łukiem na głęboką wodę, było groźnie. W samochodach woda wylewająca się na ziemie po otwarciu drzwi. „Uwolnić pstrągi” krzyczę na ten widok, a Michał mówi do Pajera: „Ojciec, myślałem, że się zacznę modlić”. Jest jeszcze coś – woda spowodowała jakieś zwarcie w instalacji pajerowego patrola. Niewesoło. Komentując przejazd stwierdziłem tylko, że gdybym jechał kijanką przez bród, to trzeba byłoby mnie szukać gdzieś w Morzu Czarnym – napór wody był naprawdę duży.

pajero

Pajero walczy…

Kolumna rusza. Jedziemy przez zalane wodą rozmyte drogi i śliskie podjazdy. Błota jeszcze nie ma, ale długo nie trzeba na nie czekać. Za wolny najazd, kijanka wklejona na dębowo.

Kijanka vs. błoto: 0-1

Kijanka vs. błoto: 0-1

 Trzeba użyć kinetyka. Kinetyk to taka śmieszna gruba, dość długa lina mająca zdolność rozciągania się. Używa się jej w ten sposób, że łączy się nią oba pojazdy: wyciągany i wyciągający. Następnie pojazd wyciągający rozpędza się napinając gwałtownie linę. Ta rozciąga się przejmując część energii podczas gdy pozostała zostaje zużytkowana na łagodne wyszarpnięcie pojazdu wyciąganego. Aby wyszarpnięcie to uczynić jeszcze łagodniejszym kierowca „wyszarpywany” musi w odpowiedniej chwili puścić sprzęgło i dać po gazie. Tyle teoria. Wyszarpują nas kinetykiem, trzeba cofnąć i jechać w prawo objazdem. Jadę. Widzę dyskotekę Sebka też wklejoną na dębowo na podmokłej łączce omijam ją unikam zderzenia z drzewem i w końcu staję we względnie suchym miejscu. Trzeba wyciągnąć landrynę Sebka, okazuje się że jest gorzej niż na to wygląda coś strzeliło w napędzie i nie wiadomo jak będzie z dalsza jazdą.

Sebek w opałach

Sebek w opałach

 Udaje się ta sztuka, chociaż auto przechyla się niebezpiecznie jakby chciało położyć się na boku. W komplecie jedziemy dalej. Teren staje się coraz bardziej wymagający. Błoto. Słynne ukraińskie błoto o konsystencji masła zaklejające, oklejające i przyklejające się do wszystkiego. Strome podjazdy. Tak strome, że na jednym z nich słynny patrol postawił czarną zasłonę dymną. „Jedź w dym” – mówi Grzechu nieświadom, że coś podobnego wyartykułował Pajero jadący za nami. Do podjazdów, zjazdów, błota i kolein doszło coś jeszcze gorszego: trawersy. Śliskie trawersy. Każdy krytyczny odcinek trzeba przejść na własnych nogach, obejrzeć, wczuć się w teren. Nagle okazuje się że koleina nie jest wrogiem – na śliskim trawersie powstrzymuje auto przed ześlizgnięciem się bokiem. Krytyczne odcinki pokonujemy pojedynczo, przez CB dając znać, że następne auto może jechać. Kijanka na emtekach KUMHO KL71 radzi sobie bardzo dobrze drapiąc się jak mucha po ścianie. Koledzy jadący na atekach BFG muszą kombinować – te opony nie lubią błota. Zwłaszcza tego ukraińskiego. Robi się ciemno. W pewnym momencie musimy wyciąć zwalone drzewo tarasujące przejazd.

Bieg z przeszkodami…

Gdzie ta chata? W pewnym momencie wydaje mi się, że widzę jej dach i pokazuję ją Grzechowi ucieszony. Ten w odpowiedzi mówi, żebym lepiej trzymał kierownicę, bo tam żadnej chaty nie ma. Jeszcze jedno krytyczne miejsce – zjazd na łąkę. Ślisko jak diabli. Przeciskając się między drzewami padłem ofiarą podstępnego ataku… pieńka po ściętym drzewie, skutkiem czego moja skroń weszła w kontakt fizyczny z szybą w drzwiach. Na drugi raz wezmę kask.

W końcu jesteśmy na miejscu. Jest już ciemno, więc nic nie widać, ale wiemy że warunki będą nieco spartańskie. Rozkładamy się z noclegiem na podłodze w chacie, przygotowujemy posiłek no i oczywiście bankiet. Szkoda, że bani nie ma. Dołącza do nas Andriej – na co dzień w imieniu Jacka nadzoruje prace remontowe przy chacie. Przyniósł ze sobą chleb wypiekany przez mieszkańców wioski, miód i ser. O miodzie mówi, że nie jest najlepszy bo ze względy na padające deszcze jest nieco wodnisty. Rysiek od razu podchwytuje temat sugerując aby – w żadnym razie nie dawać tego miodu Jackowi… „Ty wiesz Andriej, co Jacek robi z miodem? Smaruje się nim jak siedzi w bani…”

Bankiet w chacie

Bankiet w chacie

Oprócz tematów wesołych w wieczornych rozmowach po dniu na szlaku przewijała się pewna refleksja: to co stworzyła na Ukrainie natura przez ileś tam milionów lat było piękne, natomiast to co stworzył człowiek przez ostatnie powiedzmy sto lat wołało o pomstę do nieba. Z tą myślą położyłem się spać.

__________________________________________________________________________________________________

Stan nieważkości czyli DZIEŃ 3 – środa 02.06.2010

Obudziłem się około 9… Część towarzystwa już na nogach, część jeszcze zalega na podłodze w śpiworach. Pajero coś słabo wygląda, narzeka na gardło… Wstaję – trzeba się rozejrzeć i zorientować gdzie wylądowaliśmy. Lokalizacji nie podaję, bo i po co. Przede wszystkim chata. Stara drewniana chata, którą miejscowi pod nadzorem Andrieja doprowadzają do stanu używalności. Izba, w której spaliśmy ma już podłogę, ściany i sufit zrobione na gotowo.

Poranek w chacie

Poranek w chacie

Szpary zgodnie ze starą szkołą budownictwa poutykane mchem… W kącie stoi piec na drewno, okna mają zewnętrzne okiennice. Fantastyczne. Kuchnia ciągle „under construction”. Wieczorem poprzedniego dnia dowiedzieliśmy się, że w chacie jest agregat prądotwórczy oraz ma być doprowadzona woda w pobliskiego potoku. Jest ona łapana jest do specjalnej komory zakopanej w ziemi nieco powyżej chaty a następnie pod własnym ciśnieniem transportowana w dół rurami. Wychodzę z chaty, przechodzę przez potok i idę w kierunku kijanki – trzeba ocenić po widoku jak wygląda. Po prawej stronie mijam nadgryzioną zębem czasu kapliczkę oraz mały drewniany budyneczek – to niewykończona bania, w której nocowała część naszej wycieczki. Obok niej rura z lejącą się wodą – to fragment systemu zaopatrzenia w wodę.

Kijanka przed "klinem"

Kijanka przed „klinem” 🙂

Kijanka zniosła całą tą wspinaczkę dzielnie. Jest brudna, oblepiona błotem ale to tylko dodaje jej charakteru… Ma ten pazur, co udowodniła wczoraj. Może to głupie co robię, ale odkręcam korek wlewu paliwa i do baku wlewam… parę kropel koniaku. Maszyna, nie maszyna – po prostu lubię tego gada.

Chata

„Hotel to pięciogwiazdkowy…”

Wracam do chaty po drodze przypominając sobie wieczorne opowieści Jacka. „Hotel to pięciogwiazdkowy” – usłyszał kiedyś od swoich znajomych, którzy patrzyli na pięć gwiazd widocznych przez szparkę w okiennicy. Podobno, gdy przywiózł tu swoją Żonę oznajmiając jej, że od dziś jest to ich nowy dom rodzinny w odpowiedzi usłyszał krótkie „Zabierz mnie stąd jak najszybciej”. Innym razem gdy jechał z grupą dziennikarzy, któryś z nich zaproponował: „Jacku, zajebię Ci listonosza”. „A w jaki sposób?”- zapytał Jacek. „Przez cały rok, każdego dnia będę Ci wysyłał na ten adres kartkę pocztową…” No cóż – w tych warunkach i okolicznościach przyrody listonosz ma naprawdę przesrane. Z tą myślą wracam do chaty. Trzeba się spakować, ogarnąć bo przecież niedługo ruszamy dalej. Przy śniadaniu Jacek składa nam propozycję nie do odrzucenia: posiedzimy w chacie jeszcze jeden dzień. Powód jest prosty – pogoda. Według Jacka pora deszczowa potrwa jeszcze z dzień i lepiej go przeczekać w miejscu znanym i pewnym. W sumie trudno się z nim nie zgodzić, jest przecież ekspertem w tym terenie. Mimo to trzeba się udać do wioski po zaopatrzenie. Mają jechać oba Jackowe patrole i… kijanka. Jak to usłyszał Pajero to od razu na ochotnika dołączył do zespołu. „Bo skoro kijanka może…” Mnie się jednak nie chciało jechać za sterami kijanki, co Pajero podsumował zwięzłym „miętka faja”. Trudno. Naprawdę mi się nie chciało. Więc jadą trzy patrole.

Była to droga przez mękę. W zasadzie już od razu wiadomo, że patrol Pajera z powodu opon będzie musiał być ciągnięty na sznurku przez Jacka. Ukraińskie błoto jest bezlitosne dla ateków.

"Ukraińskie błoto jest bezlitosne dla ateków."

„Ukraińskie błoto jest bezlitosne dla ateków.”

Nie pomaga zapięta blokada tylnego dyfra – nawet dwie blokady nie zrobiłyby tu większej różnicy. Skutek jest taki, że Jacek częściowo na wyciągarce, częściowo na trakcji przeciąga wspomaganego siłą żywą Pajera – częściowo na trakcji, częściowo na sznurku przez najtrudniejsze odcinki trasy. Drugi Jackowy Patrol prowadzony przez Ubika radzi sobie zupełnie dobrze. Jednak opona ma znaczenie, bo ciężko się pcha patrola pod górkę. „No kurwa – jutro to nie wiem kto przejedzie tę drogę” to zdanie wypowiedziane nie pamiętam przez kogo może stanowić cały komentarz.

komentarz

Bez komentarza

A potem jest długi, śliski zjazd prosto do wioski.

Zmagania z trasą są uwieczniane na bieżąco przez Wojtka, dzierżącego w pewnych dłoniach VHS’a. Będzie z tego fajny materiał.

W wiosce odwiedzamy lokalny sklep w celu zakupienia produktów zarówno spożywczych jak i monopolowych. Zły jestem, bo Rysiek kupuje jedyny w sklepie koniak. Pocieszam się, że zapewne sam go nie wypije…

Nie wiem czemu, ale zwraca moja uwagę plakat wyborczy Julii Tymoszenko wiszący na ścianie sklepu. Co jak co, ale te słowiańskie atuty umie Julia… wyeksponować.

Tymczasem Jacek składa Pajerowi propozycję nie do odrzucenia – pozostawienie patrola w wiosce u zaprzyjaźnionego człowieka. Jak jutro będziemy jechali to się go odbierze, a unikniemy ponownego mozolnego drapania się pod górę. Postanowione. Na górę wracają dwa Jackowe patrole. Siedząc na tylnym siedzeniu obserwuję drogę, którą wczoraj pokonaliśmy oczami pasażera. Staram się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, bo przecież jutro będę tedy jechał kijanką – tyle, że w odwrotną stronę.

Docieramy do chaty. Trzeba przygotować coś do jedzenia. W kuchni rządzi Rysiek z Pawłem, Grzechu obiera ogórki. Ja tymczasem oddelegowuję się w kierunku niewykończonej bani.

bania - budynek

Bania – wymaga wykończenia

 Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo podczas pobytu w górach dostaję małpiego rozumu i pomroczności jasnej. Jakoś depresyjnie działają na mnie. Koło bani spotykam Andrieja. Jacek poprosił go aby spróbował prowizorycznie wykończyć banię tak aby nadawała się na wieczór do użytku. We dwóch zabieramy się do pracy. Andriej mierzy, kombinuje. Ja przycinam deski, pomagam przy zbijaniu tego wszystkiego do kupy. W bani brak jednej ściany – prowizorycznie zamykamy tą przestrzeń dwoma warstwami specjalnej tkaniny. Brak ławek – budujemy dwupiętrowe ławki. Brak pieca – przenosimy piec z chałupy. Rurę kominową wystawiamy za okno. Nie ma drzwi – robimy prowizoryczną zasłonę z tej samej tkaniny co ścianę. W międzyczasie na tarasie chaty zjadamy obiad. Wygląda to dość zabawnie.

obiad

Obiad na tarasie

Ponieważ deszcz wziął sobie chwilowo na wstrzymanie więc wieczorem będzie ognisko. Drewno już nazbierane czeka w pogotowiu. Jacek tymczasem czyta przewodnik turystyczny w poszukiwaniu atrakcyjnych niesztampowych miejsc, które warto zobaczyć. Wspomina coś o jakichś wodospadach, których nigdy wcześniej nie miał okazji zobaczyć. Może tym razem?

Przychodzi w końcu czas próby generalnej oddanej do użytku bani. Piec grzeje, ściany trzymają ciepło temperatura powoli rośnie. Będzie działać.

Nadchodzi wieczór, więc idziemy do bani. To jednak genialny wynalazek…

Rysiek przyniósł koniaczek… Niebo w gębie.

W bani jest naprawdę gorąco, ale ze schłodzeniem się nie ma problemu. Pod rurą na zewnątrz stoi wiadro pełne zimnej wody prosto z potoku. Głośne „Aaaaaaa!!!” oznajmia wszem i wobec, że właśnie ktoś wylał ją sobie na głowę.

Impreza z bani przenosi się do ogniska. Czarodziejka gorzałka i nocne Polaków rozmowy kończą ten dzień na szlaku.

__________________________________________________________________________________________________

Pierwsze okrążenie czyli DZIEŃ 4 – czwartek 03.06.2010.

Przegięliśmy wczoraj nieco…

Z nocnych Polaków rozmów przy czarodziejce gorzałce wyłonił się nowy wspaniały plan: Jacek rozszerzy swoją działalność o bardzo niszową turystykę. Ma organizować na Ukrainie pobyt tym teściowym, których mają dość ich zięciowie. Wycieczki miałyby się odbywać pod hasłem: „Wyślij swoją teściową na Ukrainę. Jeszcze żadna nie wróciła (i drobnym drukiem dopisek) niezadowolona”.

Boli mnie głowa. Nie od wypitego wczoraj alkoholu. Boli mnie, bo chyba za bardzo przejmuję się dzisiejszym odcinkiem specjalnym. Wiem, że będzie ciężko.

Grzechu się budzi. Chwilę potem wypowiada słowa, które wywołują powszechną wesołość. „Tu jest pięknie, nawet deszcz przestał mi przeszkadzać a najbardziej podoba mi się w tym to, że nie ma tu mojej żony i dzieci”. Od razu przypomina mi się „Wyślij swoją teściową na Ukrainę…” Może to i dobra koncepcja?

Dobra, dobra – żarty żartami, ale ogarnąć się trzeba. Robię sobie duży kubek herbaty żałując, że paczka yerby mate została w domu. Bardziej by się przydała. Zwijamy manele i zanosimy je do auta. Ranek jest rześki więc zakładam czapkę przezornie trzymaną w samochodzie.

Plan na najbliższe trzy godziny jest następujący: wydostać się z gór. Ponieważ dyskoteka Sebka ma uszkodzony napęd więc będzie musiała być holowana przez patrola Jacka – podobnie jak wczoraj z autem Pajera – wspomagając się wyciągarką i siłą żywą. Kijanka ma być ciągnięta przez patrola prowadzonego przez Ubika. Nie podoba mi się to. Stalówka jako hol przy szarpnięciu może narobić niezłego bajzlu. Ale na razie nic nie mówię.

Wszyscy gotowi – można zaczynać.

Na dzień dobry do pokonania jest błotnisty rów z wodą, potem długi podjazd pokryty opisywanym już przeze mnie „masłem” Mniej więcej w połowie podjazdu sterczą dwa pieńki po ściętych drzewach. To jest miejsce, krytyczne przynajmniej dla mnie. Objechać tych pieprzonych pieńków nie można, okraczyć też nie bardzo. Trzeba jechać na wprost i po jednym z nich po prostu przejechać. Na „pełnej pycie” może się to skończyć uszkodzeniem zawieszenia, powolny najazd w warunkach ograniczonej przyczepności jest raczej niewykonalny. Trakcji będzie brakować… Kurna chata – jakby było sucho to podjazd ten można byłoby maluchem pokonać.

Ale dobra – nie ma czasu!

Landryna już spięta z patrolem. Ognia! W chmurze czarnego dymu walącego z rury wydechowej patrola oba pojazdy przeskakują rów. Sebek próbuje jakoś wspomóc holowanie, ale widać, że napęd nie idzie w ogóle na tył. Niedobrze. Drugie podejście – dyskoteka jest może w 1/3 długości podjazdu. Przed nimi pieńki. Odczepiamy kinetyka, aby Jacek mógł je przeskoczyć. Chłopaki przedłużają kinetyka stalówką Rysiek podczepia line wyciągarki i powtarza się sytuacja z dnia wczorajszego: trochę na trakcji, trochę na wyciągarce wspomagani siłą żywą metr po metrze od drzewa do drzewa w górę. W końcu oba samochody stoją w bezpiecznym miejscu. Pokonaliśmy może ¼ drogi…

landryna ze wspomaganiem

Landryna ze wspomaganiem :)21

nie ma dymu bez ognia

Nie ma dymu bez ognia

Wracamy na dół. Jacek przejmuje patrola od Ubika, mówi że wciągnie kijankę na stalówce. Odmawiam.

– Jacek, ja muszę spróbować sam. Jak mi się nie uda to mnie wciągniesz. Jak się nie da, to mam jeszcze tirfora…

– Ale stracimy sporo czasu jak będziesz próbował – odpowiada Jacek.

– Stracimy albo nie stracimy – może uda mi się wskoczyć za pierwszym razem. Wtedy zaoszczędzimy. Nigdy nie daruję sobie jeśli nie spróbuję. No i co moja Żona powie jak się dowie, że kijankę na sznurku po górach ciągałem…

Jacek daje się przekonać. Jedzie pierwszy.

Moja kolej.

Reduktor, jedynka, but (gumowiec), dwójka, but. Przeskoczyłem rów. Dalej trakcji brak. Cofam i powtórka z rozrywki – nie dojechałem nawet do pieńków. Kurcze – technika „but w podłodze” nie sprawdzi się tutaj. Tu trzeba inaczej: „taś, taś” – dwójka na reduktorze i minimalne obroty tuż nad zdechnięciem silnika. Tylko potrzeba silnika z mocnym „dołem” a to raczej nie jest domena kijanki. Cofam tym razem maksymalnie w dół. Jedziemy! Najpierw but w podłogę, potem powoli. Koła mielą „masło” na chwilę łapiąc przyczepność tylko po to aby zaraz ją stracić. Andriej krzyczy, żebym dawał mniej gazu. Mniej nie mogę bo zaduszę silnik. Mimo to docieram do pieńków. Muszę poczekać na wsparcie…

W oczekiwaniu na wsparcie

W oczekiwaniu na wsparcie

Wspólnie pokonujemy pieńki… Nie dam głowy czy koledzy nie narzucili tyłu kijanki podnosząc ją za zderzak własnymi rękami. W każdym bądź razie piekielnie zmordowany Grzechu stwierdził, że w porównaniu z pchaniem landryny pchanie kijanki było lekkie, łatwe i przyjemne. Pieńki już szczęśliwie za mną a przede mną reszta podjazdu. No to ognia. Zatrzymuje się prawie przy końcu, koła bezładnie mielą błoto w poszukiwaniu przyczepności, której nie ma… Trzeba popchnąć, bo auto ma chęć jechać. Zjawia się Sebek z kinetykiem. Podpina go do zaczepu na przodzie i wraz z Jackiem, Grzechem i Pawłem ciągną auto po górę. Z tyłu z kolei pchają.

wsparcie

Wsparcie nadeszło

Dojeżdżam do patrola Ubika – tym razem nie ma odwołania: Jacek na kinetyku dociąga mnie do dyskoteki.

Ale spróbowałem i myślę, że tak trzeba było.

Samodzielnie dojeżdżamy do miejsca, w którym wczoraj ktoś w niecenzuralnych słowach wyraził troskę o stan nawierzchni drogi i możliwość jej przejechania. Ubik podpina stalówkę do kijanki i rusza: odruchowo kulę się za kierownicą, bo rusza jakby kinetyka używał.

Dżizas$%#@#$##$#$%# ja &%$$#@@# olę!!!

Stalówka pęka. A właściwie nie pęka – puściło zarobione ucho. Koniec liny odlatuje kawałek w bok i ląduje miękko na trawie. Mam dość. Zwijamy stalówkę. Nie będzie mnie nikt bez potrzeby na sznurku ciągał!

Dalszą część drogi pokonujemy w pięknym stylu. Emteki robią piękną robotę, stalowa płyta chroniąca przód w koleinach działa jak ślizg. Z tego co Grzechu mówił później widok kijanki robił wrażenie. Mam nadzieję, że zobaczę to na filmie – Wojtek rzetelnie dokumentuje całe zajście.

dokumentacja filmowa

Wojtek i jego VHS…

Na koniec długi, długi zjazd… Reduktor, dwójka i bez gazu zjeżdżamy po śliskiej pochyłości. Trwało to trochę. Głośno zastanawiamy się nad tym jak radzi sobie Sebek. Paskudna sprawa z tym napędem.

W wiosce Pajero odbiera swojego patrola i już w komplecie jedziemy dalej. Wkrótce pojawia się przed nami znany widok: rzeka Stryj z mostem linowym. Tym razem wszyscy jadą górą…

Na drugim brzegu korzystając z chwili czasu zmywam z kijanki przynajmniej część błota. Resztę zrobi padający deszcz. Przecież do miasta jedziemy – trzeba jakoś wyglądać. Miastem tym jest Kamieniec Podolski. Czeka nas długi spacer – jakieś 400 kilometrów po ukraińskich drogach. Na szczęście nie tych najgorszych. Ta, którą jedziemy jest nawet znośna. Przez CB proszę Jacka o postój na najbliższej stacji benzynowej sprzedającej LPG. Niestety nie ma takowej więc zatrzymujemy się na pierwszej napotkanej. Są problemy z tankowaniem, paliwo nie chce lecieć z dystrybutora. Przypominam sobie, że inne tu panują zwyczaje – przed tankowaniem trzeba pójść do kasjera, powiedzieć co i ile chce się zatankować, po czym wrócić do dystrybutora i lać. Tak też zrobiłem. Przy okazji obejrzałem sobie półkę z koniakami. Już wiem co kupię na wieczór. Płacimy z Grzechem za paliwo, do kompletu biorę dwie ćwierćlitrowe butelki „Szustowa” – jedną z czterema, drugą z pięcioma gwiazdkami. Butelki są charakterystyczne – w kształcie dzwoneczka. Odjeżdżamy spod dystrybutora – okazało się, że przez ten czas odpadła od podwozia kijanki spora szufla błota.

„Huston, mamy kłopoty…”

Na desce rozdzielczej zapala się nagle najbardziej denerwująca lampka: „check engine”. Jak ja jej k…wy nienawidzę… Pali się, pomarańczowym światłem dając po ślepiach. Coś się dzieje podczas jazdy na LPG a ja nie wiem co. Profilaktycznie przełączam się na benzynę – tutaj kosztuje tyle co u nas gaz, więc czemu nie korzystać. Wprawdzie gaz kosztuje połowę tego co u nas… Nic to. Kontrolka gaśnie. Droga kieruje nas przez Stryj na Iwano Frankowsk – tam Jacek ma wysadzić Andrieja, by ten mógł pojechać gdzieś tam pociągiem. Czekamy na stacji benzynowej – całkiem „zachodniej”. Nawet kibelek jest na zachodnią modłę, a barwne schematyczne tablice informują czego nie należy robić w toalecie.

Instrukcja obsługi WC

Instrukcja obsługi WC

 Korzystając z chwili wolnego czasu wysyłam esemesa do Armona z prośbą o rozpiskę gdzie trzeba zrobić zwarcie aby dokonać diagnostyki kodami błyskowymi. Armon jest moim kolegą, właścicielem zmotanej kijanki – człowiekiem o wielkim talencie konstruktorskim. W oczekiwaniu na odpowiedź przerabiam znaleziony w schowku chiński spinacz biurowy na komputer diagnostyczny, następnie wczytuję się w nadesłane instrukcje, po czym „komputerem diagnostycznym” robię zwarcie w przeznaczonym do tego celu gnieździe. Po chwili wiem wszystko: błąd sondy lambda i przepływomierza. Standard. Kasuję usterki – na pewno pojawią się ponownie, więc będę miał zajęcie jak wrócę do domu… Przypominam sobie słowa Hani: „Pamiętaj – jak Ci auto padnie, to je podpal i wracaj do domu.” Pocieszające…

Tymczasem deszcz nasilił się. Leje jak z cebra. Wraca Jacek. W strugach deszczu jedziemy dalej.

W zasadzie po trasie nic się nie dzieje. Nuda. Czas mija, przybywa kilometrów na liczniku. Zatrzymujemy się na posiłek. Tym razem w przydrożnej knajpie. Z zewnątrz wygląda bardzo przyzwoicie, w środku też. Wymurowane z cegieł okrągłe ruszta do pieczenia ustawione pośrodku sali promieniują ciepłem rozżarzonych węgli. Zatrzymujemy się przy nich aby się ogrzać. Okazuje się, że oprócz knajpy jest tu również hotelik czy też zajazd. Z lektury cennika wynika, że można sobie wziąć nawet pokój na godziny… Ups…

Szybko wchłaniamy podane jedzenie. Choć jest ono smaczne to porcje są raczej skromne. Po posiłku rozmawiamy z Ryśkiem na temat Lwowa. Wszystko wskazuje na to, że jutro tam właśnie będziemy. Podobno jest to interesujące miejsce. Z różnych względów.

Wychodzę na chwilę – czas na codzienny telefon do domu. Później może nie być czasu. Wszystko gra, więc uspokojony wracam.

Akurat trafiam na zbiórkę. Załoga do wozu. Grzechu oznajmia, że dzisiaj nie będzie w trakcie jazdy spożywał piwa. „Chyba zachorował” – przeszło mi przez głowę. Zamiast tego bezczelnie dobrał się do mojego koniaku. Szczęka mi opadła, atmosfera w kabinie jakby zgęstniała… Nic to – zacisnąłem zęby. Wieczorem nadrobię..

Czas leci, kilometrów przybywa. Monotonia. Zapada zmrok. Deszcz przynajmniej przestał padać.

Docieramy w końcu na miejsce, gdzie spędzimy noc. Tym razem będzie to hotel. Auto zostawiamy na parkingu, bagaże w dłoń i przez labirynty korytarzy docieramy do pokojów. Pokój dzielimy z Sebkami. Kolejno korzystamy z dobrodziejstwa cywilizacji jakim jest łazienka z prysznicem, ciepła wodą, kibelkiem, umywalką…

Schodzimy na dół do pokoju zajmowanego przez Wojtka. Wojtek siedzi na łóżku i grzebie przy kamerze. Coś działać nie chce. Wygląda na to, że zamokła i nie chce wykazywać woli współpracy. Chyba diabli wezmą nasz tak pięknie nakręcony przejazd odcinkiem specjalnym. Szkoda.

Bez komentarza.

Bez komentarza.

Zaczyna się bankiet, w trakcie którego dyskusja co do jutrzejszego dnia.

– Rafał – podobno chciałeś zobaczyć Lwów?

– Tak, chciałem.

– Sorry stary, ale zostałeś przegłosowany… jedziemy w góry.

Dżizas… tylko nie w góry…

_________________________________________________________________________________________________

Drugie okrążenie czyli DZIEŃ 5 – piątek 04.06.2010.

Działo się tej nocy… Co prawda nie widziałem tego na własne oczy, bo szybko poszedłem spać, ale z zeznań poszczególnych uczestników bankietu składanych przy śniadaniu wyłania się dość wesoły obraz: Wojtek w roli Człowieka Pająka i Ubik jako bohater pewnej sesji zdjęciowej. A było tak: Pajerowi się trochę przysnęło a że chrapaniem swym przeszkadzał w wyrafinowanych konwersacjach oraz dyskusjach na poziomie, więc pozostali postanowili zrobić mu kawał i sfotografować go z fajkiem w ustach. Tu należałoby nadmienić, ze Pajero od jakiegoś czasu nie pali. Operacji aplikacji szluga w Pajerowe usta podjął się Wojtek, traf chciał że w tym momencie Pajero się przecknął skutkiem czego Wojtek musiał się w trybie ekspresowym ewakuować na balkon… Powrotu już nie było, bo rozsierdzony Pajero zamknął drzwi. I byłby tak siedział tam do rana jak niektórzy kochankowie po niespodziewanym powrocie męża w domowe pielesze gdyby nie to, że piętro wyżej był nasz pokój… „Dzień dobry, zastałem Jolkę?” – usłyszała Monika otwierając drzwi balkonowe.

O sesji zdjęciowej Ubika powiem tylko tyle, że odbyła się. Zdjęć nie widziałem – jak zapewniał Paweł zostały one skasowane (…).

Śniadanie jemy w pokoju Ryśka i Jacka. Chleb, mielonka turystyczna zwana przez Sebka „pancernikiem”, herbata. Ci, co nie prowadzą w dniu dzisiejszym rozpoczynają dzień od innych płynów. Zapoznajemy się z rozkładem jazdy na dziś: w planie jest zwiedzanie twierdz Kamieniec Podolski i Chocim oraz wyjazd nad szeroko rozlane zakole Dniestru. Podobno to ostatnie miejsce to perełka. Zobaczymy. Jak dotąd nie zawiedliśmy się.

Dobra – czas na ewakuację. Graty już spakowane, robimy ostatnie zakupy w hotelowym sklepiku. Obsługa sklepu zachowaniem przypomina postacie z filmów Barei, klient w krawacie – wiadomo – mniej awanturujący się jest. Kupujemy z Grzechem jakiś prowiant oraz suszone ryby szczelnie zapakowane w folię. Przynajmniej nie będą gryzły w oczy.

Ryby nie śmierdzą, za to śmierdzi wszędzie dookoła. Szambem jedzie jakby gdzieś wybiło. Podobno jest jakaś awaria wodno – kanalizacyjna.

Nasz nocleg

Nasz nocleg

Na parkingu hotelowym okazuje się, że patrol Pawła gubi paliwo. Jest jakaś mała dziurka w baku, paliwo kroplami leci na ziemię… Nie wiem jak ogarnęli temat, ale chyba coś dało się awaryjnie zrobić.

Do twierdzy jest rzut beretem

Do twierdzy jest rzut beretem…

Z hotelu do twierdzy jest rzut beretem, więc idziemy pieszo. Po drodze robię trochę zdjęć. Fascynująca jest cerkiew z niebieskimi wieżami oraz kościół z figurą Matki Boskiej posadowionej na wysokiej kolumnie. Zastanawiające. Zagadka wyjaśnia się wkrótce – jest to Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Podobno na początku był to rzeczywiście kościół. Gdy miasto przejęli Turcy został on przerobiony na meczet, a każdy szanujący się meczet musi mieć minaret, aby muezzin miał skąd nawoływać wiernych do modlitwy – tak więc dostawiono smukłą kolumnę minaretu. Gdy budynek wrócił z powrotem w ręce kościoła katolickiego na minarecie posadowiono figurę Matki Boskiej – taki symbol triumfu (przynajmniej w moim odczuciu).

katedra

Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła

Docieramy do bramy wejściowej prowadzącej do potężnej twierdzy. Jacek pyta czy życzymy sobie przewodnika. Oczywiście, że tak. Naszym przewodnikiem jest niewysoka, czarnowłosa sympatyczna pani w średnim wieku. Opowiada nam o historii Kamieńca Podolskiego, nie pomijając naszego, polskiego trzystuletniego panowania na tym terenie. Mówi po rosyjsku, Jacek tłumaczy od czasu do czasu przekomarzając się wesoło gdy jakiegoś słowa braknie. Zwiedzamy kolejno: dziedziniec, basztę ze studnią, basztę gdzie więziony był niejaki Karmeluk… Dziś w celi za kratami siedzi jego – zakuta w łańcuchy kukła.

Karmeluk

Karmeluk

Niejako „na szczęście” wrzucamy mu do celi pieniądze. Nie zdążyliśmy nawet wyjść, gdy w celi pojawiła się sprzątaczka. Zebrała skrupulatnie wszystkie pieniądze chowając je do kieszeni służbowego fartucha… Przewodniczka Karmelukowi nie poświęca zbyt dużo czasu, nie gloryfikuje go w żaden sposób ani nie potępia. Podaje raczej suche fakty, bez jakiegokolwiek komentarza. Koncentruje się raczej na innych ważniejszych z punktu widzenia historii wydarzeniach, które zostały zainscenizowane w podziemiach twierdzy. Bitwy, szpitale polowe, kanonierzy uwijający się przy działach, mnisi modlący się za konających. Warto to zobaczyć. Resztę możemy zwiedzić sami, co też czynimy. Patrząc na grube mury nigdy nie zdobytej a tylko raz poddanej twierdzy, chodząc po tajemniczych korytarzach i basztach zastanawiam się, z którego miejsca Kietling i Wołodyjowski mogliby oddelegować się do Bozi…

W baszcie kasztelana za dwie hrywny kupuję dokument uprawniający mnie do handlowania na terenie Kamieńca Podolskiego. Taka pamiątka.

Po skończonym zwiedzaniu pod basztą Karmeluka spotykam Jacka. Uważnie przysłuchuje się on słowom innej przewodniczki kierowanym do grupy ukraińskiej młodzieży w wieku może około 15 lat. Ani słowa o Polakach i polskim panowaniu za to ochy i achy o Karmeluku, jako o bohaterze narodowym, walczącym, prześladowanym, więzionym, ściganym… Lekcja sfałszowanej historii.

„Jaki naród, tacy bohaterowie” podsumowuję to wszystko, mając na myśli innego „bohatera”, którego pomnik mijaliśmy dwa, może trzy dni wcześniej… Bandera – obyś skurwysynu z piekła nie wyjrzał za to co na Wołyniu zrobiłeś.

Jacek po chwili mówi: „Chyba masz rację. Jaki naród, tacy bohaterowie”. Mam wrażenie, że myśli o tym samym co i ja człowieku.

Szambo nadal śmierdzi. Tak jak fałszowana historia przekazywana młodym ludziom przez przewodniczkę. Tylko oni tego nie czują.

Pod nogami znajduję kopiejkę. Na szczęście.

Twierdza i Most Turecki

Twierdza i Most Turecki

Opuszczamy twierdzę i przechodzimy Most Turecki kierując się na Stare Miasto. Koniecznie chcę kupić jakiś suwenir – Hania prosiła o matrioszkę dla naszej Córki zapominając, że jest to raczej rosyjska specjalność.

Chcę także koniecznie zobaczyć Katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła i tam właśnie kieruję swoje kroki idąc niejako „na azymut”. Po drodze mijam miniaturowe pawiloniki a właściwie bardziej boksy handlowe zgrupowane w formie miniaturowego ryneczku. Będzie gdzie rozejrzeć się za pamiątkami. Tymczasem wchodzę na teren katedry. Czasu za dużo nie mam, więc będzie to szybkie zwiedzanie.

„Panie za chowaj nas w pokoju”

„Panie za chowaj nas w pokoju”

„DOMINE CONSERVA NOS IN PACE” brzmi napis wykuty nad zwieńczoną krzyżem furką w murze. „Panie za chowaj nas w pokoju” – chwila zadumy… Pobożne życzenie. Ja dopisałbym: „I chroń nas przed nami samymi”.

W świątyni zapalam świeczkę. Robię to zawsze gdy tylko mam ku temu okazję, pomimo tego że nie jestem szczególnie religijny. Ale ogień zapalony na szczególną, osobistą intencję to coś zupełnie innego niż wyuczona i wyrecytowana na kolanach formułka z „amen” na końcu.

Opuszczam katedrę i kieruję się do wspomnianych wcześniej pawiloników.

Stragany z pamiątkami

Stragany z pamiątkami

Szukam czegoś odpowiedniego na prezent. Sympatyczne dziewczyny zachęcają do kupna. Przywołując na pomoc całą swoją mizerną znajomość rosyjskiego tłumaczę, że szukam matrioszki dla mojej „doczki”. Matrioszek nie ma, są za to ukraińskie ich odpowiedniki. Biorę w końcu taką męską – sprzedawczynie zapewniają mnie, że to prawdziwa ukraińska matrioszka. Żadna rosyjska. I o to chodzi. Przy zakupach łapie mnie Grzechu – podobno musimy wyciągać przeszczepy, bo inaczej odjadą bez nas. Wyciągamy więc.

Zbiórka na parkingu, odpalamy samochody, formujemy kolumnę i wyruszamy w dalszą drogę. Celem naszym jest Chocim – kolejna potężna twierdza położona w odległości około 30km od Kamieńca Podolskiego. Czyli pierwszy odcinek będzie krótki. Po półgodzinie jesteśmy na miejscu. Kupujemy bilety, przewodnika nie bierzemy. Tempo zwiedzania będzie raczej szybkie. Rzeczywiście – dość pobieżnie oglądamy potężne mury obronne, dziedziniec oraz zabudowania twierdzy.

Chocim

Chocim

W porównaniu z Kamieńcem sprawia wrażenie nieco zapomnianej i zaniedbanej.

Pora się zbierać, kierujemy się więc powoli na parking, gdzie zostawiliśmy samochody gdy zagaduje nas młody chłopak. Niewysoki, krępy, okrągła uśmiechnięta twarz. Wydaje się być nieco zawiedziony tym, że wychodzimy. Domyślamy się, że robi tu za nieoficjalnego przewodnika – i rzeczywiście ma w zanadrzu kilka ciekawostek odnośnie samej twierdzy. Jacek wypytuje go od razu o jakieś inne atrakcje, Siergiej – bo tak ma na imię chłopak tłumaczy, że niedaleko jest ciekawe miejsce: zakole – rozlewisko Dniestru. Tam właśnie jedziemy, a Siergiej będzie naszym przewodnikiem. Jeszcze tylko pamiątkowa fotka grupowa i jedziemy.

Fotka grupowa

Fotka grupowa

Za miejscowością Kulcziiwsti (48°40’11.00″N, 26°42’51.00″E) gdzie stanęliśmy na krótki techniczny postój spotykamy naszych. Pojedynczy długi biały patrol obsadzony liczną załogą „Zwiadu4x4”. Też jadą tam gdzie i my. Jedziemy więc razem.

W rozszerzonym składzie...

W rozszerzonym składzie…

dniestr

W dole meandrując Dniestr

Droga wije się zakosami, długie zjazdy poprzedzają jeszcze dłuższe podjazdy. Asfalt – jak na tamtejsze warunki znośny. Pogoda także – jest pochmurno, ale nie pada. Zjeżdżamy z asfaltu w jakąś boczną gruntową dróżkę. Po chwili widzimy prawosławny krzyż, tablice informacyjne i słupki wyznaczające miejsce do zaparkowania. A chwilę później widok odbiera mi mowę. Tu jest pięknie. Niesamowicie. Stoimy na wysokiej skarpie.  Daleko, daleko pod nami widać wodę – to meandrujący Dniestr. Zakole nad którym jesteśmy (48°36’1.83″N, 27° 0’2.67″E) ma w najszerszym miejscu ponad 4 km… Schodzimy na taras widokowy kilka metrów niżej. Siergiej tłumaczy nam pokazując ręką: tam po lewej na drugim brzegu jest Mołdawia, tam po prawej jest osiedle „deputatów” (ichniejszych posłów), tam na dole jest cudowne źródło wykuta w skale świątynia. Możemy zejść i zobaczyć na własne oczy. Idziemy więc. Kiepsko się schodzi po pochyłości w dół. Dobrze, że jest sucho. Schodzimy i schodzimy – tablica informacyjna mówiła coś o 600 metrach. Nie doczytałem tylko czy było to mierzone po ścieżce czy też w pionie. Próbujemy wody z cudownego źródła. Wiele osób przyjeżdża tutaj, każda na pamiątkę czy też z chęci powrotu zawiązuje coś na barierkach przy źródle – wstążkę, chustkę…

Źródło.

Źródło.

Schodzimy dalej, oczom naszym ukazuje się wykuta w skale świątynia. Bardzo skromna, surowa. Przywodzi mi na myśl pierwszych chrześcijan i ich życie w katakumbach. Po zrobieniu kilku zdjęć pada bateria w aparacie. Pech.

Cerkiew w skale.

Cerkiew w skale.

Schodzimy niżej nad samą wodę. Po drodze mijamy dwóch gości ćwiczących wspinaczkę na linach – po chwili widzimy ich namiot rozstawiony na kawałku płaskiego miejsca niedaleko wody. Woda jest spokojna. Jako niepraktykujący wędkarz zastanawiam się jakie ryby można tutaj złapać, po krótkich poszukiwaniach znajduję na skale trochę łusek i zdechłą „babkę”. Rybka ta występuje także i w Polsce, ale jest traktowana jako chwast rybi. Znajduję także i wędkę – leszczynowy kij, z żyłką, spławikiem, ciężarkami. „No to teraz dam wam bobu skubańcy” – myślę sobie kombinując jednocześnie skąd wziąć robaki. Niestety wędka nie ma haczyka.

„No to teraz dam wam bobu skubańcy”

„No to teraz dam wam bobu skubańcy”

Odkładam ją z żalem. Popuszczamy sobie za to kaczki.

O ile kiepsko się schodzi po pochyłości w dół, to jeszcze gorzej się pod nią wchodzi z powrotem. Staram się iść równym w miarę szybkim krokiem. „Pan to chyba musi bardzo lubić góry, bo tak dobrze pan sobie radzi” – zagaduje do mnie Siergiej… No cóż – chłopina trafił jak kulą w płot, więc szybko wyprowadzam go z błędu: gór nie lubię, ale mam zawód wymagający bycia dobrym piechurem stąd szybkie tempo i brak zadyszki.

Tymczasem na górze szykuje się obiad. Rysiek gotuje pielmieni. Takie malutkie pierożki z nadzieniem mięsnym. Palce lizać. Skąd je ma tego nie wiem. Wiem, że ma tego duuuużo. Czekamy więc. Siergiej opowiada trochę o sobie – ma 18 lat, mieszka z babcią. Dorabia sobie oprowadzając turystów. Marzy o dwóch rzeczach: aby mieć samochód i aby wyjechać do Polski…

Obiad jemy w strugach deszczu. Nagle się rozpadał. I nagle przestał. No to jeszcze herbata i w drogę. Opuszczamy ten fantastyczny zakątek.

Kto ma większe zakola? Dniestr czy ja? :)

Kto ma większe zakola? Dniestr czy ja? 🙂

  Wracamy tą samą drogą co przyjechaliśmy, po drodze odłączają się od nas koledzy ze „Zwiadu”. Tempo mieliśmy dla nich widocznie zbyt emeryckie. Odwozimy też Siergieja, Jacek skrupulatnie notuje jego numer telefonu. Przed nami jeszcze kawałek drogi. Stajemy po drodze aby nabrać wody ze źródła, jakiś czas później podjeżdżam za blisko do Sebka – kamień wyrzucony spor opony trafia w przednią szybą kijanki. Odprysku nie widać, pęknięcia nie ma – czyli pewnie wszystko gra. Szkoda byłoby nowej dwa tygodnie temu wstawionej szyby… Robi się późno, więc trzeba się rozejrzeć za jakimś noclegiem. Pod dachem koniecznie – tacy z nas twardziele 🙂 Dojeżdżamy do jakiegoś miasta (jakiego – tego do dziś nie ustaliliśmy 🙂 ) Pajero mówi przez CB, że nawigacja pokazuje mu, że gdzieś w pobliżu jest jakiś porządniejszy hotel. Jeździmy i szukamy kręcąc się w te i wewte kolumną. W końcu kolumna staje, a Jacek z Ryśkiem jadą na poszukiwania hotelu. Trochę to potrwało, ale nocleg jest. Babeczka na recepcji dziwnym wzrokiem patrzy na dziwnych przybyszów w dziwnych samochodach węsząc jakąś awanturę. W ślad za nami przyjechało kilka panienek ale babka z recepcji pogoniła je zanim na dobre się rozgościły. Mamy z Grzechem pokój. Nawet nie przeszkadza mi obrzydliwy róż na ścianach…

Obrzydliwy róż

Obrzydliwy róż

Próbujemy zorganizować jakiś bankiecik. Skromniutki. Niestety – nawet rozmowy prowadzone normalnym głosem to dla recepcjonistki straszne hałasy i zakłócanie porządku. Kończymy więc bankiet nie kończąc flaszki. Tą ostatnią przejmuje Wojtek – wypiją ją z Pajerem po cichu.

Zmęczenie.

_______________________________________________________________________________

Spacer w kosmosie czyli DZIEŃ 6 – sobota 05.06.2010.

Pobudka. Poranna toaleta. Kubek w garść i zasuwam do recepcji po wrzątek do herbaty. Recepcjonistka chyba czuje ulgę, że wyjeżdżamy. My zresztą też. Trochę to trwało zanim wszyscy się pozbierali.

hotel

Poranna zbiórka

Wczorajszy dzień dał wszystkim jednak w kość. Dzisiaj będziemy oglądać wodospady. A jak się uda to coś jeszcze. Póki co Jacek nie bardzo może się zorientować, w którą stronę mamy jechać – podobno nie wszystkie drogi są na mapach, trzeba by kogoś dopytać. Przechodzi jakiś starszy pan w okularach – może jego. Zagadnięty po rosyjsku pan tłumaczy jak najlepiej i najszybciej dojechać we wskazane okolice. W rozmowie przewija się słowo „Kosiw”. Miasto chyba jakieś. W końcu starszy pan pyta po rosyjsku skąd przyjechaliśmy. Gdy słyszy, że z Polski natychmiast zapytuje czystą polszczyzną: „To czemu rozmawiamy po rosyjsku?” Okazuje się, że przez długi czas był był konsulem w Polsce. Objaśnia drogę jeszcze raz po polsku. Można jechać. Kosiw a później Szeszory.

Pierwszy postój tego dnia

Pierwszy postój tego dnia

Przed 10 pierwszy postój. Zjeżdżamy z asfaltu w boczną drogę kończącą się w lesie. Na skraju lasu stoi obszerna drewniana kapliczka. Tutaj właśnie posiedzimy chwilkę zjemy śniadanie zanim ruszymy dalej.

„I’m a rolling thunder, a pouring rain
I’m comin’ on like a hurricane…”

Podśpiewuję sobie powszechnie znany szlagier dobiegający z sebkowej dyskoteki… Pomyśleć tylko, że kiedyś człowiek darł japę do mikrofonu w garażowej kapeli.. Ech czasy…

Na śniadanie mamy… pielmieni. Ale jakoś nikt nie jest zaskoczony. Będziemy je jedli jeszcze przez jakiś czas. Rysiek ugotował ich chyba z 5 kilo…
Oglądam kapliczkę. Drewniane ściany, dach o skomplikowanym kształcie kryty gontem. Zastanawiam się czy to jest architektura typowa dla Huculszczyzny? Bo zdaje się, że tu właśnie jesteśmy. Okazuje się, że drzwi są otwarte i można zajrzeć do środka.

Kapliczka - wnętrze

Kapliczka – wnętrze

 Drewniane ściany, ołtarz, ikona. I włącznik do światła. Do oświetlenia jednej małej kapliczki doprowadzono linie energetyczną… Odkrywam, że można zapalić świeczkę – co też i czynię.

Czas ruszać.
Przed południem z pewnymi problemami docieramy do wodospadów w Szeszorach (48°20’11.00″N, 24°59’28.00″E). Po drodze błądzimy i kluczymy bez sensu. Jacek chyba rzeczywiście nie był tu wcześniej. I chyba jakoś mu się tu nie podoba, bo przez radio narzeka, że „całe Gorgany zaasfaltowali”. Znajdujemy parking gdzie zostawiamy auta i z buta idziemy popatrzeć na rzekę. Ta kluczy wśród skał, spływa kaskadami w dół z głośnym szumem. Przechodzimy przez most i kierujemy się w prawo w górę rzeki. Po drodze mijamy domy z charakterystycznymi ozdobnymi elewacjami i obróbkami dachowymi.  Wreszcie mogę je obejrzeć z bliska, wcześniej widziałem je jedynie w przelocie zza szyby samochodu.

dom

Misternie wykonane obróbki dachowe

Są misternie wykonane i robią naprawdę niesamowite wrażenie. Majster, który to robił musiał znać się na robocie. Schodzimy nad samą wodę spacerujemy po skałach. Woda pod naszymi nogami płynie naprawdę szybko. Tylko wodospadów jakoś nie widać. Wracamy w kierunku parkingu, po drodze spotykamy Ryśka, który radzi nam iść w dół rzeki sugerując przy tym założenie gumowców. Ok – idziemy więc do kijanki.

Gumowce są w bagażniku. Nadal oklejone „masłem”, które w międzyczasie zdążyło zastygnąć na kamień. Wbijamy się w te „lakierki” i schodzimy w dół rzeki. Ładnie tu jest. Tak dziko. Skacząc z kamienia na kamień po górkach i dołkach a czasami po wodzie przechodzimy z pół kilometra. Woda wartko płynie w dół wijąc i pieniąc się wśród skał. Jest i wodospad – może nie jakiś olbrzym, ale i tak robi wrażenie.

Jest i wodospad...

Jest i wodospad…

Zastanawiam się czy Jacka ponton sprawdziłby się na tego typu rzecze. Może jakiś mały spływ? Nic z tego. Trzeba jechać dalej. A dokąd? Najdalej jak tylko można. A więc w drogę. Znowu to czego na Ukrainie nie brakuje: wspomnienie po asfalcie. Kijanka nadal fiksuje na LPG świecąc ostrzegawczym „checkiem” po oczach. Ale mimo to jedzie. Kierujemy się na południowy zachód. W miejscowości Bukowiec (48°11’59.00″N, 24°56’20.00″E) położonej przy trasie P24 Jacek przez radio mówi, że po lewej stronie jest jakiś fajny szczyt do zdobycia. Pyta czy jedziemy? Entuzjazm z jakim wszyscy odpowiedzieli „TAK” był dokładnie odwrotny od tego co poczułem. Matko Boska, za jakie grzechy… Wjeżdżamy w boczną gruntową drogę. Podjazd jest długi, łagodny i bez błota. Kijanka z łatwością daje sobie radę. Grzechu pyta czy nie powinniśmy przodu dopiąć. Jak będzie trzeba to dopnę. Na razie nie trzeba. Nie trzeba, bo nie mam urwał nać najmniejszego zamiaru wjeżdżać na ten pieprzony szczyt. Staję w pierwszym napotkanym dogodnym miejscu. Ani jednego pieprzonego metra wyżej! Mam dość tych gór. Kolumna pojechała dalej. Poczekamy sobie chwilę, ten cholerny szczyt nie może być daleko. Kwadransik i będziemy znowu w drodze.

... a radio tymczasem nadaje jakieś ukraińskie diskopololajf.

… a radio tymczasem nadaje jakieś ukraińskie diskopololajf.

 Jakimś cudem została u nas w aucie kamera Wojtka. Grzechu robi z niej użytek, filmuje okoliczności przyrody. Czas mija, tamtych nie ma, mnie wkurw rośnie zamiast opadać.

Radio tymczasem nadaje jakieś ukraińskie diskopololajf.

Tak się nie da, zwariuję tutaj do reszty zanim oni przyjadą.
Szaleństwo…
Tych gór się przecież zaorać na równo nie da…
Nie przyjadą, pojechali gdzieś dalej…

Zaraz dostanę małpiego rozumu. Podszedłem do kijanki, zapiąłem sprzęgi, wsiadłem do kabiny, zapiąłem pas, odpaliłem silnik, reduktor, jedynka, ogień na tłoki… Grzechu zobaczył, że to nie przelewki.

Małpi rozum? Gorzej. Dostałem patologicznej pomroczności jasnej. Patologicznej, bo na trzeźwo.
Jechaliśmy chyba ostro. Były momenty z trójką na reduktorze i gazem w podłodze. Grzechu próbował coś filmować, o coś pytał (czy damy rade coś przejechać?). W końcu chyba odpuścił sobie filmowanie. Nie wiem, nie pamiętam, na czym innym byłem skoncentrowany. Ani razu nie stanęliśmy, raz chyba w coś porządnie przydzwoniliśmy – oglądaliśmy potem wgiętą stalową osłonę. Zatrzymałem się gdy drogę zagrodził mi wklejony patrol Pajera.

Wklejony Patrol

Wklejony Patrol

Nie wiem ile to trwało – pięć minut? Dziesięć? Chyba nie…

Wysiadam z auta. Rzygać mi się chce. Pieprzone góry.
Wojtek proponuje szluga. A idź… Chyba dzisiaj komuś przy…dolę.

Chyba dzisiaj komuś... krzywdę zrobię.

Chyba dzisiaj komuś… krzywdę zrobię.

Powoli wraca jako taki kontakt z rzeczywistością. Próbuje się zorientować czemu Pajero stoi, zaglądam pod patrola – no tak wklejony. Wychodzi na to, że będziemy szarpać Pajera kinetykiem. Wyczyn ten zostanie utrwalony na fałhaesie 🙂
Lina podpięta, szarpiemy do tyłu. Pierwsza próba – nie zgraliśmy się. Poprawka. Tym razem lepiej, patrol wyskakuje na twarde. Odpinamy linę, szekla nie chce puścić – trzeba ją rozkręcać szpikulcem.
Miejsce, gdzie stoimy jest trudne do przejazdu. Po lewej ograniczenie w postaci podnóża góry, po prawej strome zbocze. Droga biegnie wąską półką pokrytą zrytym „masłem”. Aby pokonać ten odcinek trzeba jechać powoli blisko prawej strony – bo tam twardo, ale nie za blisko, bo rolka pewna. Pajero w pewnym momencie wpada w koleinę po lewej stronie „drogi”. „Lepiej tu, niż tu” mówi Jacek pokazując w dół. Ateki tracą trakcję, patrol Ubika musi trochę cofnąć i przeciągnąć Pajera na kinetyku. Tylko, że jakoś jadu maszyna nie ma. Po kilku próbach wreszcie się udaje.
Ja tymczasem podjeżdżam kawałek do przodu i stoję w błocie w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Podchodzi Seba. „Wyłączyłeś?” – pyta. „Co wyłączyłem? Silnik?” – odpowiadam niezbyt przytomnie. „Myślenie. Pytam czy myślenie wyłączyłeś?”
Wychodzi na to, że wyłączyłem. Mam jakieś tam przebłyski z wjazdu, ale nic więcej. Zdradziecką koleinę, która ściągnęła Pajera przejeżdżamy bez problemu.
Dalej, dalej. Czy ten szczyt w ogóle istnieje? W górę, w dół. W górę, w dół… dojechaliśmy do miejsca, które nazwałem „Szczytem Wkurwu” – chociaż do szczytu brakowało jeszcze trochę. Jest ono tutaj: 48°11’31.50″N, 24°57’44.90″E. Od tego miejsca wiadomo, że dyskoteka nie wjedzie dalej. Pajero też nie chce ryzykować. Mnie się jechać nie chce. Muszę się jakoś ogarnąć, więc zostaję. Grzechu też. Wycieczka pakuje się w dwa jackowe patrole i podejmuje mozolną wspinaczkę na szczyt. Grzechu tymczasem robi herbatę. Bardzo dobry pomysł. Mamy tu zbity z desek stół z ławkami, tak więc można posiedzieć i pogadać. Ciężko znoszę pobyt w górach. Gdybym z jakichś względów musiał tam mieszkać dłużej to chyba bym se w łeb strzelił.

szczyt wkurwu

Szczyt Wkurwu – choć do prawdziwego szczytu jeszcze kawałek.

Tymczasem siedzimy i czekamy. Pstrykam fotki sprawdzając możliwości aparatu. W pobliskim lesie znajduję 10 prawdziwków w jednym miejscu. Są duże – niestety ruszają się o własnych siłach od robactwa w środku. Szkoda.

Prawdziwki

Prawdziwki – z gatunku samobieżnych 🙂

Czekamy dalej. W końcu są. Zadowoleni, wycieczka widocznie się udała.
To teraz droga powrotna. Zamykamy kolumnę, przed nami Pajero. W pewnym momencie stajemy – patrol Ubika nie jedzie. Nie tylko brak mu jadu, ale i odpalić nie może. Nie pomaga odpowietrzanie. Zjawia się Jacek, robi jakieś czary mary – auto odpala. No dobra – można jechać dalej. Sebek ma kłopoty. Ten nieszczęsny napęd… Po raz kolejny wkleja auto. Wojtek filmuje tę – jak to określił Sebek – klęskę.

Klęskę... sfilmować.

Klęskę… sfilmować.

My zaś po prostu jedziemy. Staram się nie patrzeć w lewo – wiem, że jest tam wyjątkowo długie strome zbocze, po którym nie chciałbym się zrolować. Część drogi widzę po raz pierwszy na oczy… Niemożliwe, żebym na tym odcinku taką czasówkę wykręcił. Teraz prowadzę spokojnie niemal flegmatycznie, bez szaleństw szczęśliwy, że już opuszczamy to miejsce. Mijamy po drodze dwójkę dzieci. Roześmiane maleństwa stoją przy drodze przyglądając się przejeżdżającym samochodom. Grzechu prosi, żebym się zatrzymał. Wysiada, wyciąga z bagażnika czekoladę i jakieś konserwy i wszystko to wręcza dzieciakom. Patrzymy za nimi jak uszczęśliwione biegną do domu w tym samym czasie techniką „taś, taś” robiąc odcinek, który przed chwilą Pajero robił na „pełnym gumowcu”. Kijanka to jednak dzielne auto. No i ten łącznik pomiędzy kierownicą i pedałami powszechnie znany jako kierowca. Chwalę się – a co!
Przed nami Bukowiec. Rozłączam przód – dziś już chyba terenu nie będzie. Kolumna skręca w lewo w „asfalt”. Jedziemy dalej trasą P24 utrzymując z grubsza azymut na Popa Iwana.

Azymut na Popa Iwana

Azymut na Popa Iwana

Minęła osiemnasta. Czas najwyższy rozejrzeć się za noclegiem, dalej i tak nie ma sensu jechać. W oddali widać górę Pop Iwan z ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium astronomicznego. „Biały Słoń” – tak to się potocznie określa. Jest w odległości może 12 km od nas. Przejeżdżamy mostek na rzecze Kosrtricza, którego drewniana konstrukcja ma – jak to optymistycznie sugeruje znak drogowy przenieść maksymalne obciążenie rzędu 10 ton. Kawałek dalej jest pasowna łączka, na której można byłoby rozstawić namioty – gdzieś tutaj: 48°08’40.17″N, 24°45’29.49″E – okolice Wierchowiny. Zatrzymujemy się, a Jacek idzie do pobliskich zabudowań szukać właściciela i negocjować warunki. Negocjacje zakończyły się powodzeniem. Możemy rozstawić namioty, zrobić ognisko i generalnie czuć się jak u siebie. Parkujemy auta i jakbyśmy przez ostatnie dni nic innego nie robili dzielimy się robotą. Jedna grupa rozstawia namioty, inna przygotowuje kolację. Wraz z Wojtkiem zajmujemy się zbieraniem drewna na ognisko. Drewno najlepiej zbiera się nad przepływającą opodal rzeką. A naszym brzegu leży masa grubszych i cieńszych gałęzi, które woda przyniosła ze sobą. Opał zapewniony.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to że podchodzi do nas miejscowy. Jest chyba mocno wkurzony, awantura wisi w powietrzu. Wołamy Jacka, żeby wyjaśnił całą sprawę. A wygląda to tak: przybyłemu gościowi nie podoba się to, że rozbiliśmy się na tej łące. Chce wiedzieć kto na to pozwolił. Jacek wyjaśnia – jak się okazuje właściciel łąki to jego bratanek. I to w zasadzie załatwia całą sprawę, awantura zażegnana, jednak Jacek wdaje się w dłuższą pogawędkę. Po chwili pyta: „Chłopaki, a banię dzisiaj chcecie?”
Czy chcemy? Jak moglibyśmy nie chcieć.

Kolacja. Na kolację między innymi… niedobitki pielmieni… Tym razem odsmażane przez Ryśka. Chyba tym razem wykończyliśmy je na dobre.

Kolacja

Kolacja…

Zapadł zmrok. Czas się zbierać, bo bania czeka. Bierzemy ręczniki, latarki czołówki oraz zaopatrzenie bankietowe. Niewiele tego zostało – napoczęta flaszka i mały koniaczek. Idziemy jakieś 500 metrów w dół rzeki. Tam znajduje się dom naszego gospodarza.
Bania – że tak powiem – standard. Łazienka z prysznicem i wanną, bania właściwa i sala bankietowa. Ściany wyłożone drewnem. Jest jeszcze coś czego wcześniej nie widzieliśmy – kapelusze ze sfilcowanej wełny. Jak wyjaśnia Jacek używa się ich w bani po to, aby nie przegrzać głowy. Jest nas sześciu: Jacek, Rysiek, Wojtek, Ubik, Grzechu i ja. Spędzamy czas tak jak powinno się go spędzać w tym miejscu. Opowieści wesołe i weselsze, dzielenie się wrażeniami z minionego dnia. Niestety radosny nastrój psuje ponura perspektywa. Wódka się kończy. Niby wszyscy wiedzą, że wódka kiedyś się skończy niemniej jednak zawsze jest to zaskoczenie. Zagląda do nas gospodarz, zagadnięty o możliwość zakupu flaszki kręci przecząco głową. A w domu? W domu też nie ma. Po chwili wychodzi.

– On mówi, że wódki nie ma. Chyba żartuje – skomentował całą sytuację Rysiek

– Ma, ma. Tylko nie wie czy my to zniesiemy – Jacek na to

–  No my nie zniesiemy? Chyba nas nie zna – zaperzył się Rysiek.

W chwili gdy powoli szykujemy się do wyjścia wrócił nasz gospodarz…
Flaszka się znalazła. I na zagryzkę też co niecoś: rewelacyjna słonina oraz ser bryndza.

Bania

Bania 🙂

Kontynuujemy tak pięknie rozpoczęty wieczór w rozszerzonym składzie, jednak przed północą wracamy do obozu. Ognisko się jeszcze pali, przysiadamy więc. A może tak coś byśmy zaśpiewali. „Kalinkę” – niekoniecznie, można za to po ryju dostać. Coś tam ostatecznie zaryczeliśmy, usiłującemu zasnąć Pajerowi nawet to nie przeszkadzało. Wkrótce też idziemy spać. Ostatnia noc na szlaku jest jednocześnie pierwszą pod namiotem. A co – twardziele jesteśmy 🙂

__________________________________________________________________________________________________

Powrót na Ziemię, Huston mamy problemy… czyli DZIEŃ 7 – niedziela 06.06.2010.

Nasza impreza dzisiaj się kończy. Czeka nas dłuuuga droga do domu.

Poranek

Poranek

Jak każdego ranka: śniadanie, pakowanie gratów i przygotowania do drogi. Niekoniecznie w tej kolejności. Przeglądam kijankę, ze złością odkrywam wyciek chłodziwa spod pokrywy termostatu. To pokłosie wczorajszego pałowania pod górę. Inna sprawa, że uszczelka była dorabiana z podłej jakości tektury – więc mogła się i spocić. No nic – trzeba to poobserwować. Na wszelki wypadek do kufra wrzucam dwie duże butle wody z rzeki. To na wypadek gdyby trzeba było chłodziwo uzupełnić. Przy śniadaniu dowiadujemy się, że do granicy mamy jakieś 250 km co zajmie nam co najmniej 8 godzin. Hmm… Jacek ma jeszcze propozycję: podobno za dwa dni ma zorganizować podobną wyprawę pracownikom jakiejś tam korporacji. Sęk w tym, że zażyczyli sobie do każdego samochodu instruktora – którego nie ma. Po tym co pokazaliśmy w terenie, Jacek stwierdził, że każdy z nas mógłby za takiego instruktora robić. Propozycja kusząca, ale niewykonalna niestety.
Zbieramy się. Ostatnie zdjęcia Popa Iwana, okolicznych zabudowań oraz potężnego Ziła obok którego zaparkowaliśmy swoje auta. A może by tak se Ziła na firmę kupić? Przepał ma taki, że koszty wygeneruje spore. No i nikt nie powie, że w teren za delikatny. 🙂

Ził

Ził

Kolumna rusza. Ostatni rzut oka na gościnną łączkę.

Po mniej więcej dwóch godzinach pierwszy przystanek: myjnia. Podobno celnicy potrafią się czepiać jak auto jest mocno brudne. Myjnia to po prostu łagodny szeroki brzeg niezbyt szerokiej rzeczki. Miejscowi przyjeżdżają tu pucować swoje wołgi i żiguli nie żałując przy tym chemii. My podchodzimy do tematu „ekologicznie” – przy użyciu różnych naczyń spłukujemy po prostu co grubiej nawarstwione błoto.

Myjnia (bardzo) ekologiczna

Myjnia (bardzo) ekologiczna 🙂

Ze zdziwieniem dostrzegam pęknięcie na przedniej szybie, którego jeszcze chwilę temu nie było. Jak to się stało? Bliższe oględziny wykazują, że ma ono swój początek w miejscu gdzie uderzył nas kilka dni temu kamień wyrzucony przez dyskotekę Sebka. Miejsca uderzenia nie mogliśmy zlokalizować. Teraz widać je jak na dłoni – może z pół centymetra od uszczelki w czarnym pasie kleju. Ot pech. Szyba się nagrzała w słońcu a polana zimną wodą pękła.

Jedziemy dalej. Droga taka sobie – ot wyższy ukraiński standard, czyli lekka przewaga asfaltu nad dziurami. Przejeżdżamy przez wsie i miasteczka. Wzbudzamy żywe zainteresowanie i wśród ludzi wychodzących z kościoła i wśród zebranych na rynku miasteczka i wśród zawodników oraz widzów na lokalnych meczach piłki kopanej. Na jednym z boisk doszło do ciekawej sytuacji: publiczność odwróciła się aby popatrzeć na nas, a piłkarze przerwali grę…

Do przerwy 1:0...

Do przerwy 1:0… 🙂

Po godzinie kolejny postój. Tym razem przymusowy. Patrol prowadzony przez Pawła zapalił się. Ogień został sprawnie ugaszony, okazało się że w elektryce jest jakieś zwarcie. Poważna sprawa, zwarcia nie idzie zlokalizować. Pozostaje całkowite odcięcie elektryki – w końcu to prosty jak konstrukcja cepa diesel, który może się bez niej obejść. Tylko odpalać trzeba na pych.

Coś się zjarało...

Coś się zjarało…

Nasza kolumna zaczyna przypominać spółdzielnię inwalidów… My mamy pękniętą szybę, Pajero po brodzeniu w Stryju i zwarciu w elektryce stracił kierunkowskazy, Sebek ma problem z napędem a teraz Paweł…

Kolejny postój mamy 3 godziny później – dochodzi 15. Tankowanie. Na stacji jest czynny automat do kawy. Bohatersko walczy z nim Grzechu, uparcie próbując przekonać niesforną maszynę, aby przyjęła banknot i wydała kawę. Sztuka ta udaje się dopiero za którymś tam z kolei razem. Jedna kawa jest. No to teraz druga…

Automat w końcu się poddał

Automat w końcu się poddał

Dalej w drogę. Znów miasta, wioski i dziurawe asfalty. Kto powiedział, że w Polsce są fatalne drogi? Nieprawda – drogi u nas są wspaniałe, tylko trzeba sobie optykę zmienić.

Ostatnie kilometry są naprawdę męczące. W końcu około 18 dojeżdżamy do znajomej stacji benzynowej „OPAL”…

Znajoma stacja benzynowa

Znajoma stacja benzynowa

Tankowanie gazu i benzyny, wizyta w sklepie. Kupujemy po 4 ćwiartki „Szustowa” na twarz i po 10 piw. Grzechu kupuje jeszcze „na spróbowanie” jakieś wino. Pozbywamy się ostatnich hrywien, a gdy braknie dopłacamy złotówkami – przelicznik nieco paskarski, bo 50 groszy za hrywnę. Trudno.

Zmierzamy w stronę granicy, chwilę później jesteśmy na przejściu. Ustawiamy się jak komu pasuje, i tak do odprawy jesteśmy tylko my. Formalności idą sprawnie, ukraińskich celników interesują w zasadzie trzy rzeczy: ile paliwa przewozimy ze sobą – odpowiadam, że całą butlę LPG i jakieś 2/3 zbiornika benzyny (ok. 40 litrów), ile alkoholu i fajek mamy na pokładzie – tutaj podajemy zgodnie ze stanem faktycznym oraz czy nie mamy ukrytego w samochodzie jakiegoś dodatkowego pasażera. „Cholera – zaraz pewnie powie, że po pieska pójdzie co go znajdzie” – przeszło mi przez głowę, ale zajrzał tylko do kabiny, pomacał wypchany plecak i kazał jechać dalej. Po polskiej stronie podobnie – te same pytania, te same odpowiedzi. Dla porządku pobieżne sprawdzenie ilości przewożonego alkoholu oraz pytania odnośnie wrażeń z wyjazdu o zachowanie się auta w terenie, osiągi, zużycie paliwa itp. Odprawiał nas ten sam celnik entuzjasta co w tamtą stronę tydzień temu.

Witamy w Polsce

Witamy w Polsce

Jesteśmy w Polsce i doskonałej jakości drogą asfaltową jedziemy do Ustrzyk do ośrodka wypoczynkowego „Olimp” gdzie wszystko się zaczęło. Na miejscu Paweł zdaje patrola, rozliczamy się z Jackiem za imprezę. Rysiek proponuje coś do zjedzenia. W sumie nie mamy czasu, ale z drugiej strony a głodnego w taką drogę to też nie bardzo. Szybka kolacja, pożegnania i w drogę. Jest 20 z minutami. Na pokładzie mamy dodatkowego pasażera. Jest nim Paweł. Jakoś się mieścimy.

Jedziemy jako pierwsi, za nami Pajero, kolumnę zamyka Sebek. Narzucam dość umiarkowane tempo, prędkość przelotowa na poziomie tej sugerowanej przez kodeks drogowy. Szybciej nie ma sensu – te 10 godzin przedzierania się przez Ukrainę dało mi w kość. Droga jest też dość wymagająca – zjazdy, podjazdy, zakręty. W dodatku jest ciemno. Pomaga odpalenie całej „elektrowni” na przodzie, czego jednak z uwagi na innych użytkowników drogi nie mogę robić za często. Dodatkowe reflektory drogowe dają naprawdę dużo światła.
Po pierwszych stu kilometrach nie jest jeszcze tak źle – czuję zmęczenie, ale daję radę. Druga setka jest już gorsza – moment dekoncentracji i pocięliśmy po poboczu na zakręcie. Mijamy Tarnogród. Jakoś się trzymam, chociaż jest ciężko. Łapiemy jakieś radio nadające polską muzykę. W ramach walki z sennością wydaję „odgłos paszczą” śpiewając z radioodbiornikiem jakiś stary szlagier Lady Pank. Dołącza reszta załogi. Grzechu wciska w tym momencie nadawanie a CB i w ten sposób cała kolumna wie co u nas słychać. Pada nawet kontrolne pytanie „Kijanka, co wy tam palicie?” Niestety – konkurs „jaka to melodia” nie przyjął się i pozostali śpiewać nie chcieli. Nic to.

„Ojcze nasz, który jedziesz patrolem,
świeć się kierunki Twoje, sprężaj turbino Twoja…”

"Leśny"

„Leśny”

Wjeżdżamy do Lublina. Łamiąc wiele przepisów ruchu drogowego szukamy McDonalda, bo głodni jesteśmy. Jest późno. McDonalda nie znaleźliśmy, była tylko stacja benzynowa, gdzie opchnęliśmy jakieś hotdogi i wsiorbaliśmy kawę. Pajero odmówił konsumpcji. OK – jedziemy dalej. Sebek przewodzi, Pajero przez CB narzeka, że jest głodny. Nam jest wszystko jedno. Sebek przez radio wspomina coś o możliwej awarii dyskoteki. Coś mu obciera, blokuje w tylnym lewym kole. Nie bardzo wiadomo co jest grane, ale póki jedziemy to jedziemy. Pajero znajduje otwarty jeszcze o tej porze zajazd o nazwie „Leśny”.  Zatrzymujemy się – Pajero idzie coś zjeść. Ja tymczasem idę spać. Snu, snu mi się chce.
Nie wiem ile pospałem. Pół godziny? Godzinę? Ale poczułem się znacznie lepiej. Jedziemy.
Mijamy Ryki i kierujemy się na Garwolin. Z dyskoteką coraz gorzej – Sebek ma już pewność, że posypało się łożysko. Słychać je. Dalej jechać się nie da. Zjeżdżamy na CPN przed Garwolinem. Szybka decyzja: Sebek z załogą zostaną tu do rana. Rano ma ktoś po nich podjechać i ściągnąć do domu. My tymczasem mamy jechać dalej. Przyjmujemy kolejnego pasażera – tym razem jest to Ubik podróżujący do tej pory dyskoteką. Jedziemy…
4.30…
Słońce wstaje. Przed nami Łochów. Już niedaleko…

Wschód Słońca nad Łochowem

Wschód Słońca nad Łochowem

Wreszcie Wyszków. Rozwożę chłopaków do domów i sam oddelegowuję się do siebie. Mam jeszcze 15km drogi przed sobą. „Jedź ostrożnie” – mówi Grzechu. Coś tam sobie przypominam, ze statystycznie cośtam, cośtam, wypadki w pobliżu domu cośtam, cośtam chyba częściej. Czyli trzeba jechać ostrożnie. Na Białostockiej mijam mnóstwo palących się zniczy… Ktoś nie uważał.
W końcu wjeżdżam a podwórko, witam się z Teściem…
„To co? Koniec eskapady?” – pyta.
„Koniec. Na jakiś czas na pewno.” – odpowiadam.

20 godzin w drodze… Idę się przespać.

__________________________________________________________________________________________________

Na zakończenie

Ukraina jest przedziwnym miejscem. Łączy w sobie wiele przeciwności topi je i miesza niczym w tyglu… Jest piękna i odrażająca. Nowoczesna i zacofana. Na ogół przyjazna, chociaż dają się zauważyć starannie kultywowane ślady niesławnej ideologii.

Gdy przekroczyliśmy z powrotem granicę z Polską wiedzieliśmy, że ten kraj nikogo nie pozostawi obojętnym. Wiedzieliśmy też jeszcze coś – tak na dobrą sprawę żaden z nas nie był pewien czy chciałby tam wrócić. Teraz patrząc z rocznej perspektywy wiem, że chciałbym. W każdym z nas tkwi ta tęsknota za zieloną Ukrainą. Tęsknota, którą chyba najpełniej wyraża powszechnie znana biesiadna pieśń „Hej sokoły…”

„… a jak umrę to pochowajcie

na zielonej Ukrainie

przy kochanej mej dziewczynie…”

A poza tym to naprawdę jest kosmos 🙂

Dla chętnych – zdjęcia z galerii Wojtka „Leśnego”

https://picasaweb.google.com/wkukwa/UKRAINA2010

_____________________________________________________________________________________________________



10 komentarzy do “Moja Ukraina 2010”

  1. Leśny napisał(a):

    Rafał, jeszcze masz kilka dni żeby wrócić – do Rumunii pewnikiem zaczepimy o Ukrainę. W piątek 12-go wyjazd. Go!!!

  2. leon zet napisał(a):

    Niestety za dużo nieprzewidzianych rzeczy się wydarzyło. Generalnie sytuacja zmusza mnie aby siedziec na tyłku i pilnować swoich spraw. A szkoda, bo mógłbym popełnić ciekawą relację.

    BTW – na początku września uderzam tutaj:
    http://www.facebook.com/event.php?eid=183632921694025&view=wall
    Turystycznie jadę. Z rodziną.

  3. Leśny napisał(a):

    … turystycznie, ale też może być fajnie. Powodzenia. My już spakowani, rankiem ruszamy.

  4. Rafał Hyrycz napisał(a):

    Powodzenia!

  5. Leśny W. napisał(a):

    Złombol w Grecji zaliczony. Mamy styczeń 2013 i już wiadomo, gdzie będzie następna trasa … http://www.zlombol.pl Dołącz Moskwiczem lub czymś na podobę 🙂

  6. Ala montana napisał(a):

    Edycja 8 do Hiszpanii już za nami.
    W tym roku 2015 Alpine Edition No.9
    Ale to chyba wybitnie nie dla Ciebie rejony.

  7. Rafał Hyrycz napisał(a):

    No raczej nie.
    Chociaż w góry w tym roku też planuję. Tygodniowa Transpolonia Sudetia. Zeszłoroczna Carpathia była świetna.

  8. Ala montana napisał(a):

    Może miałbyś ochotę wybrać się w następny weekend (20-22 maja 2016) na włóczęgę swoją Kianką? https://www.facebook.com/events/225038864544103/?active_tab=highlights

  9. Ala montana napisał(a):

    Edition No 10 na Sycylię już za nami.
    Rok 2017 ma dla nas Kraj Basków.
    Może tym razem się załapiecie ?

  10. Ala montana napisał(a):

    10,11,12,13 … też już za nami. Złombol wciąga jak błoto 😉

Odpowiedz